Proszę pana, główną cechą naszej działalności jest dyskrecja ? takie credo biznesowe (pasujące jak ulał raczej do służb specjalnych) usiłował przedstawić mi awanturujący się menedżer jednego z przedsiębiorstw. Był wkurzony, gdyż jeden z naszych analityków próbował uzyskać informacje o sytuacji firmy, informacje ? delikatnie mówiąc ? nie bez znaczenia dla jej licznych współwłaścicieli.
Jeśli ktoś uważa dyskrecję (rozumianą jako przemilczanie niekorzystnych dla siebie faktów) za pomysł na biznes, to niech sam szuka sierotek chętnych do finansowania jego ?dyskretnych? przedsięwzięć. A na rynku publicznym należy karać zbyt? dyskretne? przedsięwzięcia. Karać przez ignorowanie potrzeb kapitałowych tych spółek, które nie przywiązują wagi do kontaktu ze swoimi właścicielami. I zapominają o nich, gdy tylko ucichnie gwar oferty publicznej.Spółka musi być układem partnerskim. Ci, którzy decydują się na wyłożenie swoich pieniędzy, nie mogą być traktowani jak naiwni idioci, którym trzeba ?wcisnąć kit?, zabrać kasę a potem co najwyżej pokazać figę.Robienie wspólnego biznesu jest trochę tak jak małżeństwo. Ale w przypadku wielu spółek można odnieść wrażenie zupełnego oderwania zarządów od akcjonariuszy (poza tymi największymi, najbardziej wpływowymi, reprezentowanymi w radach nadzorczych). Zdumiewająco wiele firm nie dba o to, co wie akcjonariusz. Jedną z konsekwencji jest rozczarowanie, gdy wyniki okazują się marne, gdyż nikt wcześniej nie ostrzegł, że złotych gór być może nie będzie.Niestety, winni są temu zarówno zarządy spółek, jak i sami inwestorzy. Ludzie, przecież oni robią Was w konia i opowiadają banialuki. Dlaczego nie reagujecie? ? chciałoby się krzyczeć, obserwując rozwój sytuacji w wielu spółkach. Zarządy mnożą bowiem niestworzone opowieści o koncepcjach i strategiach i wróżą sobie sukcesy. Ba, są nawet tacy, którzy sprzedają jako niesłychane osiągnięcie arcykosztowne, rozdęte (choć może i fajne) projekty. Jednym ze starych sposobów jest uciekanie od porównań przez rewolucyjne stwierdzanie, że choć z pozoru produkuje się jabłka, to ?tak naprawdę? te jabłka to superskomplikowane owoce, których jabłkami nazywać wręcz nie wypada (i stąd wyższe koszty).Przecież można np. powiedzieć ?przepraszam?, przyznać się do kłopotów, wyciągnąć rękę do rozczarowanych i wściekłych inwestorów. Uczynił tak np. szef Cisco. Oczywiście, w geście Chambersa było coś ze stylu japońskiego. Bo właśnie menedżerowie tej nacji szokowali świat szlochając, płacząc i załamując ręce, gdy na jaw wychodziły szwindle w tamtejszym systemie bankowym. Oczywiście, nie chodzi o teatralne gesty. Tylko o uczciwy i klarowny kontakt z inwestorami. Czyli tymi, którzy wykładają własną kasę na sfinansowanie cudzych pomysłów.A jak w sytuacji kryzysu zachowuje się typowy polski menedżer? Zamiast jasnego stawiania sprawy mamy zwykle mydlenie oczu, ?ściemnianie?, ?piarowski? bełkot lub wręcz chowanie głowy w piasek i udawanie, że wszystko jest w porządku. Okresowy spadek przychodów, przykre sukcesy agresywnej konkurencji, zatory płatnicze, kłopoty z płynnością, niesolidni partnerzy, niestabilini klienci, nielojalni pracownicy ? wszystkie te zmory nie są przecież w biznesie niczym nowym. Błędów nie popełnia tylko Ciocia Zyta, która nic nie robi, ale za to wszystko wie (lepiej, oczywiście). Między Ciocią Zytą a szefem spółki giełdowej różnica jest jednak taka, że Ciocia żeruje co najwyżej na swojej głodowej emeryturze, a giełdowy VIP pasie się zdrowo dzięki hojności swych właścicieli. Pokora jest mu zwykle obca. Zapomina o niej tym bardziej, im mniej o swoim istnieniu przypominają teoretycznie ?jego? inwestorzy.Rzecz jasna, przesada w pokorze na pewno nie jest wskazana. Ale lepiej byłoby, gdyby niektórzy z wielkich wodzów naszych spółek giełdowych przypomnieli sobie o zaletach pokory zanim zmusi ich do tego sytuacja. Dobrze byłoby też, gdyby pamiętali, kto im płaci. Ale już zupełnie idealnie byłoby gdyby ci, którzy płacą, pamiętali, że inwestują w akcje po to, żeby zarobić.