Nie będzie o akcjach (choć okres Wielkiej Przeceny sprzyja pisaniu właśnie o akcjach). Tym razem będzie o walutach obcych, a konkretniej ? o kredytach w dolarach, markach, frankach czy euro zaciąganych ponoć masowo przez Polaków. Ludzi kusi relatywnie niskie nominalne oprocentowanie takich pożyczek. Do korzystania z pozornych dobrodziejstw płynących z dysproporcji oprocentowania złotowego i walutowego zachęcają zdesperowani sprzedawcy niesprzedających się dóbr wszelkiego rodzaju. I to ich prawo. Gorzej, że zdecydowanie bezkrytycznie o kredytach walutowych wypowiadają się także niektórzy specjaliści. Jeśli dołączymy do tego cokolwiek bałamutne symulacje niskich obciążeń ratalnych, to nie można się dziwić, że wielu osobom bez gotówki tani kredyt walutowy wydaje się fantastycznym odkryciem.Zdecydowana większość Polaków zarabia w tym kraju w złotych (za wyjątkiem m.in. kolegów z niektórych firm zagranicznych, gdzie ? choć wypłata następuje w złotych ? to wynagrodzenia indeksowane są w dolarach). Przychód w złotych i zaciąganie znacznych zobowiązań w walutach obcych ? hm..., cóż, jest to sensowne tylko wtedy, gdy jesteśmy w miarę pewni dwóch rzeczy: spodziewanej wysokości oprocentowania kredytów w obu walutach (tak, by korzystać z pożyczki tańszej) i spodziewanego kursu waluty kredytu (by pożyczka tańsza nominalnie była również tańsza realnie ? przecież złote na jej spłatę trzeba wymienić po określonym przyszłym kursie na waluty właśnie).Niestety, rzecz jasna nie możemy być pewni ani jednego, ani drugiego (co zresztą nie jest wielkim zaskoczeniem, bo w życiu rzeczy pewnych po prostu nie ma). Niemniej, efekt jest taki, że to, co teraz tanie, może nagle (w przypadku poważniejszej zwyżki kursu marek czy dolarów) okazać się drogie. A tego pewnie sprzedawcy kredytów walutowych już tak wcale nie akcentują.Niech sobie kupią ?fjuczersa? na waluty albo porozmawiają z bankiem o ?forłordzie?, można oczywiście zażartować. Ludzie rzecz jasna żadnego ?fjuczersa? sobie nie kupią. Nie tu zresztą problem. Pytanie podstawowe to kwestia publicznego ignorowania ryzyka walutowego. Wiara w siłę złotego może być niebezpieczna. Bo tak jak żaden projekt nie jest skazany na sukces, tak i złoty wcale nie musi obronić swej pozycji względem walut obcych.Załóżmy, że ktoś pożycza 200 tys. marek. Pożyczone od banku przy kursie np. 2 zł oznaczają 400 tys. zł. Te pieniądze zostają wydane np. na zakup mieszkania czy domu. Ale do spłaty nie jest bynajmniej 400 tys. zł, tylko 200 tys. marek. Jeśli więc marka podrożałaby np. do 3 zł (nie daj Boże kredytobiorcom i importerom, daj Boże eksporterom), to do spłacenia byłoby już 600 tys. zł. Ewentualna dewaluacja złotego oznaczałaby więc kataklizm, którego żadną miarą nie byłoby w stanie zrekompensować nominalnie niższe oprocentowanie kredytu. Oczywiście, przykład jest specjalnie przejaskrawiony po to, by pokazać potencjał ryzyka.Wnioski? Kiedy ktoś gorąco zachęca do wzięcia taniego kredytu walutowego, zadać m.in. proste pytanie o konsekwencje ewentualnej dewaluacji złotego. I posłuchać, czy bank zaoferuje sensowne zabezpieczenie.

Łukasz KWIECIEŃ[email protected]