To z całą pewnością nie jest kryzys walutowy, ale piątkowe osłabienie złotego musiało wywrzeć wrażenie na wszystkich. To był prawdziwy ?czarny piątek?. Wystarczył jeden dzień, aby polska waluta straciła na wartości prawie sześć procent.

Rano za dolara płacono 4,05 zł, za euro 3,39 zł, odpowiadało to 14,2% powyżej starego parytetu. Potem wyraźnie przeważyła podaż i złoty zaczął się osłabiać. W pewnym momencie trudno było w ogóle znaleźć chętnych do kupna polskiej waluty. W efekcie około 15.00 dotarliśmy do 8,75% (!). USD podrożał o 26,5 grosza, osiągając poziom 4,315 zł, wspólna waluta o 21 groszy, płacono więc za nią 3,60 zł. Koniec dnia przyniósł odreagowanie. Na zamknięciu kursy wynosiły 4,19 zł i 3,538 zł, było to 10,85%.Właściwie wszyscy mówili, że złoty jest przewartościowany, ale mało kto spodziewał się, że może dojść do tak szybkiego spadku. Prognozowano raczej systematyczną powolną utratę wartości, niektórzy mówili też o możliwym wzroście ze względu na wpływy prywatyzacyjne. Dlaczego więc doszło do takiego tąpnięcia? Kilka tygodni temu pisałem, że w końcu musi się zacząć wychodzenie z pozycji spekulacyjnych. Pytanie tylko kiedy? No właśnie. Mogło się wydawać, że inwestorzy poczekają jeszcze na zamianę walut pochodzących z prywatyzacji. Tymczasem już w piątek część z nich zaczęła zamykać swoje pozycje, realizując przy tym wypracowane w ostatnich miesiącach zyski. To, że pogorszył się deficyt obrotów bieżących, nie było jeszcze wystarczającym powodem (chociaż być może jest to początek trendu wzrostowego wskaźnika deficyt/PKB). Ale coraz częściej słychać o kryzysie budżetowym (w pewnym sensie rzeczywiście do niego doszło) i na domiar złego mamy wyraźne zaostrzenie sytuacji politycznej. Do pogorszenia klimatu przyczyniła się też wypowiedź szefa SLD, Leszka Millera, który postrzegany jest jako przyszły premier (powiedział on w piątek między innymi, że Polska jest w obliczu kryzysu). Niektórzy uczestnicy rynku doszli więc do wniosku, że lepiej dłużej nie ryzykować, tym bardziej że wypracowane dotychczas przez nich zyski nie są małe.Pod koniec dnia złotemu udało się trochę odreagować. Pomogła mu wypowiedź Jerzego Stopyry, wiceprezesa NBP, który wskazał na to, że nie ma fundamentalnych przyczyn do gwałtownego osłabienia się polskiej waluty.Pozostaje pytanie: co będzie dalej? Jeśli reszta inwestujących w Polsce dużych zachodnich graczy zdecyduje się na wyjście z rynku, to możemy już wkrótce dotrzeć do abstrakcyjnych poziomów. Jeśli nie, w przyszłym tygodniu dojdzie do odreagowania.Rano za euro płacono 0,8376 USD. Potem zarysował się trend wzrostowy. Wspólna waluta zyskiwała właściwie przez cały dzień. Kończyliśmy na 0,8445. N