Siódma z kolei obniżka stóp procentowych w Ameryce odbiła się niemal bez echa. Inwestorzy oczekiwali jej, a wciąż otwartą kwestią pozostaje ożywienie w gospodarce pod koniec tego roku. Na rynkach akcji panowała dekoniunktura, a o palmę pierwszeństwa toczyły batalię Nasdaq i Tokio. W końcu spadki rynku technologicznego okazały się bardziej imponujące (-6,1% wobec -5,3% Nikkei).
Stany ZjednoczoneWydarzeniem ostatnich tygodni była kolejna redukcja stóp procentowych za oceanem. Fed zdecydował się po raz siódmy zmniejszyć oprocentowanie funduszy federalnych o 25 pkt. bazowych do 3,5%, a stopy dyskontowej do 3%. Decyzji tej rynki finansowe spodziewały się od dłuższego czasu. Skłaniałem się do tego, że ewentualna obniżka nastąpi dopiero jesienią, gdyż Fed będzie chciał poznać pierwsze skutki wcześniejszych cięć. Tak się jednak nie stało, co najwyraźniej wskazuje, że w ocenie członków amerykańskich władz monetarnych gospodarka wciąż opornie reaguje na impulsy pobudzające. Jednocześnie margines kolejnych obniżek został poważnie zmniejszony. Była to siódma z kolei obniżka i prawdopodobnie ostatnia w tym roku. Rzymianie uznawali tę cyfrę za szczęśliwą. Z pewnością Amerykanie podzieliliby ten pogląd, gdyby na tym zakończył się cykl łagodzenia polityki pieniężnej i, co więcej, byłby on udany.Reakcją rynków akcji na redukcję były spadki. Nie oznacza to, że oczekiwały one tej redukcji w większym rozmiarze, lecz z rozczarowaniem odebrały komentarz przedstawicieli Fed towarzyszący decyzji. Fed zauważył, że popyt konsumpcyjny utrzymuje się na stałym poziomie, jednak zyski korporacji i nakłady inwestycyjne stopniowo się pogarszają. Cały komentarz został podsumowany stwierdzeniem, że mimo dobrych perspektyw w długim terminie, istnieje wciąż ryzyko, odpowiedzialne za słabość w gospodarce w najbliższej przewidywalnej przyszłości. Innymi słowy, okazuje się, że przedstawiciele Fed w dalszym ciągu widzą zagrożenia, iż tegoroczna akcja redukcji stóp procentowych nie będzie miała zakładanego wpływu na gospodarkę.Inwestorzy są coraz bardziej zniecierpliwieni przedłużającym się stanem braku korzystnych informacji o tegorocznej akcji obniżek stóp. Ich zniechęcenie jest tym większe, że klimat inwestycyjny na rynkach wschodzących jest zły, a jeszcze większy niepokój wzbudzają informacje nadchodzące z Eurolandu. Zerowy wzrost PKB w Niemczech w II kwartale jednoznacznie wskazuje, że gospodarka europejska zwalnia nadspodziewanie szybko. Dodatkowo kłopoty niemieckie zostały potwierdzone przez niedawną informację o włoskim spadku PKB o 0,1%. Takie są efekty bardzo konserwatywnego podejścia EBC w kwestii polityki monetarnej. Wątpię przy tym, czy nawet zmiana kursu i przyspieszenie cyklu redukcji stopy repo zakończy się sukcesem. Niewykluczone że jest już zbyt późno na taką reakcję.Znamienne dla ocen rynku amerykańskiego jest stanowisko analityków Merrill Lynch. Ostatni ich raport nosi tytuł ?Turn, turn, turn? i nawiązuje do piosenki rockowej z połowy lat sześćdziesiątych. O tym, że zwrot w gospodarce jest bliski, jest przekonana większość ekspertów. Wszyscy czekają na ten zwrot, on jednak nie nadchodzi. Problemem jest jego termin. Zwróćmy uwagę, jak złe są nastroje inwestorów. Zastanawiają się oni, kiedy nadejdzie ożywienie, choć o wiele bardziej zasadne, według mnie, byłoby pytanie, na ile będzie ono trwałe. Wobec słabnięcia gospodarek Japonii, Eurolandu i emerging markets nietrudno sobie na to pytanie odpowiedzieć. Owszem, na przełomie IV kwartału tego roku i I kwartału następnego roku dojdzie do pewnego ożywienia, jednak same Stany Zjednoczone są zbyt małym rynkiem, by zapewnić trwały wzrost gospodarczy. W efekcie odreagowanie okaże się chwilowe i choć trudno określić, czy będziemy mieć do czynienia z recesją czy nie, wzrost gospodarczy będzie daleko odbiegał od tego, do którego Ameryka była przyzwyczajona w poprzedniej dekadzie.Rynki akcji stanowią dobry wskaźnik wyprzedzający zachowania w sferze realnej. Analitycy Merrill Lynch utrzymują, że najbardziej popularne indeksy, opisujące koniunkturę na rynkach akcji, nie oddają w pełni kondycji amerykańskich giełd. Twierdzą oni, że mimo dominacji wielomiesięcznych spadków, koniunktura wcale nie jest tak zła. A/D line na NYSE pobił historyczny rekord, S&P 500, z wyłączeniem spółek technologicznych, również notuje najwyższy poziom wszech czasów, a potwierdzeniem tych obserwacji jest fakt, że prawie 2/3 spółek znajduje się powyżej 200-sesyjnej średniej kroczącej. W sumie z tych obserwacji wynika obraz przeciwny do tego, który rzeczywiście oddają główne indeksy rynku akcji.Wciąż utrzymuje się rozbieżność pomiędzy koniunkturą na rynkach tzw. starej i tzw. nowej ekonomii. Trend boczny na Nasdaq jest już historią. 15 sierpnia doszło do wybicia się z przeszło dwumiesięcznego horyzontu i rozpoczęcia fali przeceny. Spadki nie są tak dynamiczne, jak na początku tego roku, jednak systematycznie sprowadzają Nasdaq ku poprzedniemu minimum lokalnemu z kwietnia (1639 pkt.). Tak daleko oddalone wsparcie daje całkiem spory potencjał spadkowy.Pozostałe indeksy nie doznały tak dużej przeceny, jak Nasdaq. Indeks rynku szerokiego znajduje się w łagodnym trendzie spadkowym. Formacja głowy i ramion, ukształtowana na przestrzeni maja i czerwca, najwyraźniej daje o sobie znać. O sporej słabości S&P 500 świadczy również dwukrotny bezskuteczny test średnioterminowej średniej kroczącej (czerwiec, sierpień). W efekcie indeks zbliżył się do nieznacznie opadającej linii trendu, zapoczątkowanego jeszcze w kwietniu. Wsparcie to ma z pewnością spore znaczenie w perspektywie krótkoterminowej, jednak nie jest tak istotne jak dołek kwietniowy. Poziom 1100 pkt. na S&P 500 jest odpowiednikiem 1639 pkt. na Nasdaq.Niewiele lepiej jest w przypadku Średniej Przemysłowej (DJIA). DJIA spadł w ostatnich dwóch tygodniach o niecałe 2%. Niestety, mimo tak niewielkiego spadku dużej zmianie uległ obraz segmentu spółek tzw. starej ekonomii. Przede wszystkim w pierwszej dekadzie sierpnia indeks w końcu przełamał stromo wznoszącą się linię trendu wzrostowego, mającego swój początek w marcu 2001 r. Jest to wyraźny sygnał (zgodnie z teorią Bump and Reversal Thomasa Bulkowskiego), że impet strony popytowej odszedł w zapomnienie, a rynek wstąpił w nową fazę trendu. Znaczenie tego faktu jest wzmocnione dodatkowo przez przełamanie tej linii poniżej obu średnich kroczących. Strefa oporu na wysokości 10 500?10 600 pkt. jest silną barierą dla popytu. O koniunkturze w najbliższym czasie przesądzi wsparcie na wysokości 10 150 pkt. Przełamanie tego poziomu będzie się wiązać z testem marcowego młota (9400 pkt.).JaponiaJapoński rynek akcji pikuje w dół od dłuższego czasu. Nominalnie jesteśmy na poziomie 1984 roku, realnie pod koniec dekady lat siedemdziesiątych. Nikkei spadł w ciągu ostatnich dwóch tygodni o przeszło 5%. Impet, z jakim Nikkei opuścił dziesięcioletnią konsolidację w poprzedniej dekadzie, powoduje, że należy zakładać kontynuację fazy spadkowej. Mało tego, niezwykle trudno wskazać wsparcie, do którego może zmierzać ten indeks. Wynika to z tego, że dekada lat osiemdziesiątych, na poziomie której znajduje się teraz Nikkei, była okresem niemal nieprzerwanego wzrostu. Na wykresie miesięcznym widać, że najbliższym istotnym poziomem wsparcia są okolice 10 000 pkt. Następną zaś barierą, wystawiającą aktywność strony podażowej na próbę, jest dopiero poziom 7000 pkt. (1982 rok).Czwartkowe dane japońskiego ministerstwa gospodarki o spadku aktywności gospodarczej nie pozostawiają złudzeń, w którym kierunku będzie zmierzać rynek akcji Kraju Kwitnącej Wiśni. Dane o wzroście gospodarczym (7 września) będą już raczej formalnością. Mało kto oczekuje, że gospodarka japońska odnotuje jakikolwiek wzrost. Jednym słowem, recesja będzie potwierdzona drugim pod rząd spadkiem PKB. Potwierdzeniem tych szacunków są sygnały wysyłane przez inny wiodący rynek regionu ? Tajwan. Struktura produkcji tego kraju jest dość podobna do japońskiej. Dlatego wydarzenia zachodzące w gospodarce tajwańskiej są niezłym papierkiem lakmusowym dla tego, co może się dziać w Japonii. 2,4-proc. spadek PKB w Tajwanie wskazuje, że z podobnym można się liczyć w przypadku Kraju Kwitnącej Wiśni.Na nic zdała się decyzja BoJ o zwiększeniu zakupów japońskich obligacji długoterminowych. Szef banku centralnego Masaru Hayami zapowiedział, że co miesiąc BoJ zamierza kupować obligacje (JGB) na łączną kwotę 600 mld jenów (poprzednio 400 mld jenów). Krok ten czyni BoJ poważnym sojusznikiem rządu japońskiego w walce z narastającą recesją. Przy niezwykle niskich stopach procentowych możliwości rozkręcenia gospodarki są mocno ograniczone, stąd bank zdecydował się na taki krok. Niestety, nie gwarantuje to, że rząd wykorzystuje odpowiednio środki pozyskane tą drogą, toteż reakcja inwestorów na wspomnianą decyzję była wstrzemięźliwa.