W pierwszych transakcjach za dolara płacono 4,06 zł, za euro 3,61 zł, odpowiadało to poziomowi 11,2% powyżej starego parytetu. Od razu przeważyły oferty sprzedaży i polska waluta zaczęła systematycznie tracić. Kończyliśmy na 10,6%, przy kursach 4,078 i 3,645.
Złoty osłabił się w piątek, choć zmiany nie są duże. Wciąż jesteśmy przecież na wyższym poziomie niż w środę na zamknięciu. Powodem korekty były przede wszystkim doniesienia z Argentyny. Nie dość, że plan zmian nie został zbyt dobrze przyjęty przez analityków zagranicznych (czego przejawem było na przykład to, że niektóre agencje obniżyły rating kraju do poziomu oznaczającego praktycznie niewypłacalność), to jeszcze rządowi centralnemu nie udało się uzyskać przychylności rządów lokalnych, co stawia pod znakiem zapytania przeprowadzenie reform. Czyżby więc jeden z największych światowych dłużników miał rzeczywiście ogłosić niewypłacalność? Możliwe. Pamiętajmy jednak, że nie byłoby to dużym zaskoczeniem. Poza tym Polska jest jednak nieco inaczej traktowana niż np. kraje Ameryki Łacińskiej. Reakcja na naszych rynkach byłaby więc zapewne ograniczona. Do tąpnięcia by nie doszło, nie oznacza to jednak, że nie zobaczylibyśmy dalszych korekt.
Do spadku wartości złotego przyczyniła się także realizacja zysków spekulacyjnych.
W przyszłym tygodniu poznamy informacje o październikowej inflacji. Średnia prognoz to 4,0% rok/rok, co oznaczałoby kolejny miesiąc poprawy. Moim zdaniem, może być nawet jeszcze lepiej i wskaźnik może zejść do 3,8%-3,9% rok/rok.
W pierwszych transakcjach za euro płacono 0,8915 USD. Potem oscylowaliśmy między 0,8897 a 0,8945. Koniec dnia był nieco lepszy dla wspólnej waluty ze względu na nie najlepsze dane z USA. Kończyliśmy na 0,8936.