Wyraźną przewagę podaży dało się zauważyć zwłaszcza na początku i w końcowej części sesji. Bitwa została wygrana przez misie. Oddaliliśmy się od linii trendu wzrostowego, a sesję zakończyliśmy brzydką czarną świecą. Wojna jednak jeszcze trwa. Mimo wielkich wysiłków, nie udało się zepchnąć cen kontraktów pod poziom szczytów pierwszej fali wzrostowej (okolice 1345-55 pkt.). Gdyby podaż przeważała na tyle, by kontrakty zeszły niżej, wielu średnioterminowych graczy zaczęłoby uciekać z długich pozycji. Popyt, mimo że wczoraj nieco słabszy, zdołał zatrzymać napór podaży dokładnie na wsparciu. Nie bagatelizujmy jednak siły podaży. Wczoraj udało się jej zyskać 40 pkt. Zastanówmy się, jaki scenariusz rozwoju wypadków może nas czekać w dniu dzisiejszym. Gdyby okazało się, że podaż zdoła pokonać barierę popytu na 1345-55 pkt. najprawdopodobniej doszłoby do kolejnego testu luki hossy z 4 stycznia br. Do tego poziomu sprowadziłaby nas dość szybko wyprzedaż ze strony obecnych właścicieli długich pozycji. Przyznam, że taki spadek (od szczytu byłoby to około 120 pkt.) uznałbym za objaw zdrowia naszego rynku. Nie jest możliwe, by rynek stale rósł w tak szybkim tempie, zwłaszcza gdy ma się nadzieję na dłuższą kontynuację tego ruchu. O zmianie trendu będzie można mówić dopiero w sytuacji zejścia poniżej wspominanej luki hossy (1295). Teraz nadal przeważa delikatny optymizm i od krótkich pozycji z średnim terminie bym jeszcze stronił.