Kilka dni temu opublikowane zostały po raz kolejny wyniki funduszy emerytalnych. W ciągu dwuletniego okresu działalności, liczonego od końca grudnia 1999 r., towarzystwa najlepiej zarządzające tymi funduszami doprowadziły do wzrostu wartości jednostek uczestnictwa o grubo ponad 20%. Wyliczana przez Urząd Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi minimalna wymagana stopa zwrotu wyniosła 10,7%. Tym razem ponad ten minimalny poziom udało się wyjść wszystkim funduszom.
To jednak marne pocieszenie dla klientów większości z nich. Co prawda, po dwóch latach wytężonych wysiłków zarządzający niemal wszystkich funduszy zdołali doprowadzić do sytuacji, w której kwota pieniędzy znajdująca się na rachunkach ich klientów jest wyższa niż wynikająca z wysokości wpłaconych składek, ale jest wyższa niewiele (mowa tu o statystycznym kliencie, gdyż nie wszystkich konkretnych uczestników takie szczęście spotkało). A gdzie inflacja, która zżera realną wartość naszych składek?
Na razie także akcjonariusze towarzystw emerytalnych nie mają specjalnych powodów do zadowolenia, gdyż działalność PTE jeszcze przynosi straty, ale nie ma wątpliwości, że wraz z upływem czasu z pewnością osiągną zysk, podczas gdy ich klienci wcale takiej pewności nie mają. System funkcjonowania II filaru reformy emerytalnej jest bowiem tak skonstruowany, że co prawda towarzystwom opłaca się dążyć do osiągania dla swych klientów wysokich stóp zwrotu, jednak nawet gdy stopy te są niskie, zyski PTE mogą być zupełnie przyzwoite. Wynika to z istoty systemu opłat.
Ten system nie jest zresztą niczym oryginalnym. Stosują go powszechnie niemal wszystkie instytucje zarządzające cudzymi pieniędzmi, a więc firmy ubezpieczeniowe oferujące fundusze kapitałowe, fundusze inwestycyjne i większość zespołów zarządzania aktywami. Polega on na pobieraniu dwóch rodzajów opłat, z których jeden jest całkowicie niezależny od osiąganych dla klienta efektów inwestycyjnych, drugi zaś jest z nimi związany pośrednio.
Wszystkie te instytucje pobierają opłatę (czasem zwaną prowizją) od wpłaconej przez klienta kwoty, powierzanej w zarządzanie, ustalaną jako pewien procent tej kwoty i z niej właśnie potrącanej, zanim jeszcze zostanie ona zainwestowana. To stawia klienta w bardzo niekorzystnej sytuacji, gdyż jego kapitał jest pomniejszony już na wstępie i zanim zarządzający doprowadzi do jego pomnożenia, musi najpierw odbudować jego wartość do poziomu sprzed potrącenia opłat. Dopiero od tego momentu można mówić o zysku - o ile się on w ogóle pojawi, bo przecież nie zawsze tak się dzieje, że zarządzający osiąga zysk dla klienta.