Na rynku wspólnej waluty wciąż dość
spokojnie. Przez większą część dnia przebywaliśmy w okolicach 0,892 USD.
Złoty otworzył się we wtorek na poziomie 11,5% powyżej starego parytetu. Dolara ceniono na 4,043 zł, euro na 3,603 zł. Od razu bardzo powoli, ale systematycznie polska waluta zaczęła zyskiwać na wartości. Jeszcze przed południem, około 11.30, osiągnęliśmy dzienne maksimum, czyli 11,8%. USD potaniał o 0,6 grosza, wspólna waluta o 1,1 grosza. Potem przeważyła podaż i trend się zmienił. W pierwszych godzinach wciąż jednak proces przebiegał spokojnie. Dopiero około 14.30 nieco przyspieszył i przed publikacją CPI zeszliśmy do 11%. Kursy wynosiły wtedy 4,066 i 3,623 zł. Kończyliśmy jeszcze niżej, na 10,80%. Dolar kosztował 4,075 zł, euro 3,63 zł.
We wtorek dało się odczuć atmosferę wyczekiwania na dane o inflacji, choć nie było nadmiernego podenerwowania, wszyscy spodziewali się dobrych informacji, traktując stabilizację wskaźnika w okolicach 3,6% rok/rok jako pewnik. No i nie pomylili się. Jeszcze przed publikacją danych pojawiła się wypowiedź wicepremiera Belki. O tym, że jego zdaniem, poziom 4,25 na rynku USD/zł jest realistyczny, wiedzieliśmy już wcześniej. Nowością była natomiast informacja, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest "zaniepokojony" restrykcyjną polityką monetarną Polski (takie zdanie Marek Belka usłyszał w czasie spotkania z przedstawicielami MFW). Mogło to przyczynić się do korekty, która nastąpiła późnym popołudniem.
Inflacja w 2002 roku bardzo wyraźnie spadła. Jest to efektem wielu czynników. Do najważniejszych musimy zaliczyć: wysokie stopy procentowe, wyhamowanie gospodarki światowej (co oczywiście miało wpływ także na spowolnienie procesów gospodarczych w Polsce), nadspodziewanie korzystne kształtowanie się cen żywności i nośników energii oraz wysoki kurs złotego. Wiele wskazuje na to, że w najbliższych 2-3 miesiącach CPI może pozostać na poziomie poniżej 4% rok/rok.