- France Telecom nie ma już wyboru. Musi możliwie jak najmniejszym kosztem wycofać się z niemieckiego bagna - cytuje paryska gazeta "Liberation" słowa nie wymienionego z nazwiska doradcy ministra finansów Francji Laurenta Fabiusa. Oficjalne stanowisko francuskiego resortu finansów w tej sprawie (do skarbu państwa należy 55,5-proc. pakiet akcji FT) nie zostało opublikowane.
Francuski koncern od 1999 r. poprzez swoją spółkę-córkę Orange posiada 28,5% akcji MobilComu (plus opcję zwiększenia pakietu do ponad 50% do 2003 r. poprzez odkupienie walorów od prezesa i głównego akcjonariusza MobilComu Gerharda Schmida). Zdecydował się na tę transakcję, nie mając innej możliwości wejścia na lukratywny niemiecki rynek telekomunikacyjny. Działając zgodnie w ramach konsorcjum, obaj partnerzy wywalczyli latem 2000 r. jedną z licencji UMTS w Niemczech (zapłacili za nią 8,5 mld euro). Ponieważ były to wyjątkowo dobre czasy dla branży, Francuzi zobowiązali się do finansowania większości inwestycji związanych z uruchomieniem usług telefonii komórkowej trzeciej generacji.
Teraz przyszedł czas na weryfikację marzeń. W obliczu sięgającego 65 mld euro zadłużenia prezes France Telecom Michel Bon mocno ograniczył wydatki. Na zaangażowanie w telefonię komórkową ma trafić w najbliższych latach zaledwie "kilkaset milionów euro". Tymczasem szef MobilComu, powołując się na wcześniejsze obietnice, przedstawił plan inwestycyjny do 2003 r. na poziomie 1,4 mld euro.
Jak wynika z wyliczeń francuskiej prasy, finansowe obciążenia France Telecom z tytułu zaangażowania w MobilCom wynoszą już ok. 15 mld euro. Szybkie wyjście z niemieckiej inwestycji ograniczyłoby te koszty do 4,2 mld euro. Zdaniem strony niemieckiej, Francuzi nie mogą jednak tego zrobić. - Francuski rząd nie zna szczegółów umowy między obu partnerami. Nasz pozycja jest tutaj znacznie silniejsza - stwierdził rzecznik MobilComu, Matthias Quaritsch.