Władze amerykańskie zdecydowały się na wprowadzenie ceł importowych na stal, aby pomóc przeżywającemu trudności miejscowemu sektorowi hutniczemu. Niemożność sprostania zagranicznej konkurencji spowodowała, że w tym tygodniu kolejny potentat tej branży - National Steel - został postawiony w stan upadłości.

Jednocześnie jednak decyzja władz Stanów Zjednoczonych, które są największym na świecie odbiorcą stali, wywołała prawdziwą burzę za granicą. We wtorek i w środę zostały przecenione akcje największych koncernów stalowych z takich krajów, jak Francja, Japonia, Korea Płd., Niemcy czy Wielka Brytania. Papiery największej na świecie firmy branży stalowej - luksemburskiej Arcelor, staniały w ciągu ostatnich kilku sesji o ponad 7%. Podobnie było w przypadku japońskiego Nippon Steel czy koreańskiego POSCO. W defensywie znalazły się też brytyjsko-holenderski Corus i niemiecki ThyssenKrupp, choć akcje tych dwóch potentatów już wczoraj drożały. Ze względu na cła w USA prawdopodobnie takie firmy jak Arcelor czy ThyssenKrupp będą musiały też zrewidować plany podniesienia już w kwietniu cen na swoje produkty, co może się negatywnie odbić na wynikach finansowych tych instytucji.

Z pewnością tendencja spadkowa w branży stalowej spoza USA byłaby silniejsza, gdyby nie nadzieje, że decyzja Amerykanów zostanie cofnięta. Unia Europejska, Australia, Japonia i Korea Płd. zapowiedziały, że zwrócą się m.in. do Światowej Organizacji Handlu (WTO), aby przedstawiła swoje stanowisko w tej sprawie. Panuje bowiem powszechna opinia, że prezydent Bush naruszył zasady wolnorynkowej gospodarki, a sytuacja jest o tyle paradoksalna, że to właśnie USA postrzegane są jako największy światowy zwolennik gospodarczej globalizacji. Z kolei brazylijski minister handlu Sergio Amaral ostrzegł, że posunięcie to znacznie zmniejsza szanse na realizację planu amerykańskiego prezydenta - stworzenia amerykańskiej strefy wolnego handlu, obejmującej obydwa kontynenty - Amerykę Północną i Południową.