Ostro. Przecież nasze kochane państwo tak bardzo troszczy się o rynek kapitałowy. Te śmiałe deklaracje poparcia, programy, konferencje, sympozja, raporty... Wszystko pięknie, tylko rzeczywistość wygląda tak, jak na prezentowanym poniżej wykresie. Wartość ofert publicznych akcji w ostatnich latach dramatycznie spadła, podczas gdy w równie imponującym, co przerażającym, tempie rośnie wartość emisji obligacji i bonów skarbowych (innymi słowy: sekurytyzowanego długu państwa). Purystom, którzy krzywią się na zasadność porównań, wyjaśniam, że wspólnym mianownikiem jest strumień pieniądza generowanego w gospodarce i importowanego z zewnątrz, który ma zaspokoić zapotrzebowanie na finansowanie długu. Nie jest tak, że koniunkturę na rynku akcji (a przez to także jego teoretycznie podstawową funkcję mobilizacji kapitału przez oferty) "skopała" wyłącznie zapaść gospodarcza, wynikająca z żenującego sposobu sprawowania władzy przez poprzednią ekipę polityczną (żeby było jasne - nowa wcale nie robi na razie specjalnie lepszego wrażenia!). Powodem wielkiej smuty na parkiecie jest zawalenie rynku praktycznie bezkonkurencyjnymi dotychczas papierami skarbowymi. Wysoko oprocentowane i nachalnie reklamowane jako zyskowne i pozbawione ryzyka wydrenowały rynek z kapitału. To, że rynek akcji padł - to jeden problem. Jego uzupełnieniem nie stał się wcale segment korporacyjnych papierów dłużnych. Rynek został zdominowany przez zachłanne państwo.

Państwo kopie rynek i robi bardzo głupio. Bo jeśli mowa o reanimacji gospodarki, to przecież tak naprawdę chodzi o stworzenie możliwości normalnego działania firmom. A bez dostępu do kapitału trudno wyobrazić sobie finansowanie nawet najbardziej rewelacyjnych projektów biznesowych. Owszem, można oprzeć finansowanie wyłącznie o system bankowy. Tylko że banki wcale takie skore do pożyczania pieniędzy nie są. Czemu się trudno dziwić, skoro państwo wciąż oferuje im "zysk bez ryzyka", a kredytobiorcy, nawet przy najlepszych chęciach, nie są w stanie zabezpieczyć się przed destrukcyjnym wpływem potężnych zatorów płatniczych, spadkiem popytu i chwiejnym otoczeniem biznesowym. Za kredyty muszą więc płacić horrendalną cenę. Problem ten mógłby zmniejszyć sprawny rynek obligacji korporacyjnych. Bankowe emisje sekurytyzowanego długu w postaci rozmaitych bonów i kwitów sprawy nie załatwiają. A rozwój publicznego rynku prywatnych papierów dłużnych blokuje znów totalna nadpodaż papierów skarbowych. I błędne koło toczy się dalej.