Reklama

Solidna praca domowa do odrobienia

Z Danutą Wałcerz, prezes Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń, rozmawia Tomasz Brzeziński

Publikacja: 26.03.2002 08:50

Jak Pani ocenia wyniki finansowe krajowego sektora ubezpieczeniowego w 2001 r.?

Dobrze, ale nie o tym chciałabym z panem porozmawiać.

Jeśli nie o wynikach, to o czym?

O czynnikach ryzyka, jakie mogą pojawić się w działalności zakładów w najbliższych latach.

To zdecydowanie bardziej medialny temat. Od czego zaczniemy?

Reklama
Reklama

Od działu ubezpieczeń na życie. Dokonaliśmy analizy dwóch okresów sprawozdawczych - za 2000 i 2001 rok. Wygląda na to, że jeśli chodzi o liczbę polis, są one w pełni porównywalne. Z naszych wyliczeń wynika, że w 2000 r. rozwiązano około 114 tys. umów, a w 2001 r. liczba rezygnacji przekroczyła juz 848 tys. Jak widać, zakłady ubezpieczeń stoją przed poważnym problemem, tym większym że w 2001 r. sprzedano tylko około 600 tys. nowych polis.

Saldo jest więc ujemne.

Tak, pod względem liczby ryzyk. Spójrzmy jednak głębiej. Czy ten zły stan rzeczy wynika z indywidualnych decyzji o rezygnacji, czy też z wypowiadania przez pracodawców grupowych umów ubezpieczenia.

Jaki obraz wyłania się z tej analizy?

Niezbyt optymistyczny. Z naszych obliczeń wynika, że w ubiegłym roku anulowano około 438 tys. polis indywidualnych, co stanowi ponad połowę wszystkich rezygnacji.

Niezły wynik! Co, Pani zdaniem, jest przyczyną tak dużej liczby rezygnacji?

Reklama
Reklama

Nie zgadzam się z opinią zakładów, że gwałtowny wzrost liczby rezygnacji wynika z pogorszenia się koniunktury gospodarczej w naszym kraju i związanego z tym wzrostu bezrobocia czy spadku dochodów gospodarstw domowych. Okazuje się bowiem, że wśród tych rezygnacji jest bardzo dużo odstąpień od umów kilkuletnich. Moim zdaniem, ich właściciele zorientowali się, że kupili produkt, który nie spełnia ich oczekiwań finansowych i żeby nie zwiększać strat, postanowili wycofać się z tej inwestycji. Czy zastąpili starą polisę nową? Raczej nie. Czy zastąpili dotychczasowego ubezpieczyciela nowym? Chyba też nie.

Niektórym zakładom, jak sądzę, nie jest do śmiechu...

Na pewno. Myślę jednak, że wzrost liczby rezygnacji z polis powinien być elementem ryzyka, który powinien być brany pod uwagę przez wszystkie firmy, a nie tylko te, które straciły w ubiegłym roku najwięcej klientów. Weźmy np. zakład ubezpieczeń, który wszedł do naszego kraju stosunkowo wcześniej, przez co przejął klientów z tzw. górnej półki. Jeśli w przypadku tego zakładu liczba rezygnacji jest tak duża, to nie sądzę, aby spowodowane to było wyłącznie utratą pracy przez osoby ubezpieczone w tym towarzystwie. To jest po prostu niemożliwe.

Wydaje się, że podstawowym powodem rezygnacji klientów było rozczarowanie wynikami z części inwestycyjnej produktów unit linkes. Subiektywne poczucie "straty" wśród klientów tego zakładu wynika prawdopodobnie z tego, że zbyt duża część składki była przeznaczona na sfinansowanie funkcji ochronnych. Ale przecież należało wcześniej poinformować klientów o skutkach finansowych, wynikających ze specyficznej konstrukcji ubezpieczeń z funduszem inwestycyjnym.

Sygnał jest jednoznaczny. Jeżeli zakłady nie będą należycie informowały, czy wręcz edukowały swoich klientów, to nie ma szans na poprawę sytuacji. Ostrzegam, że może się ona jeszcze pogorszyć. Aby przełamać złą passę, towarzystwa powinny uprościć produkty, zwiększyć przejrzystość ogólnych warunków ubezpieczeń, a dopiero wtedy wyposażać w nie swoich pośredników. Agent powinien być cierpliwy, dobrze wyedukowany, a nie ukierunkowany jedynie na w poszukiwanie prowizji.

A przypadkiem nie jest to sprzeczne z wyśrubowanymi krótkoterminowymi planami produkcji, jak w żargonie ubezpieczeniowym określa się zbiór składki?

Reklama
Reklama

Nie sądzę. Poza tym wydaje mi się, że zakłady powinny być zainteresowane budowaniem długoterminowego portfela, a nie wyłącznie przepływem pieniędzy, i to takim, który komplikuje zarządzanie aktywami. . Doświadczenia instytucji nadzoru z dojrzałych rynków (gdzie porównuje się strukturę aktywów i pasywów) pokazują, że gwałtowny, nie przewidziany wcześniej, wzrost liczby rezygnacji znacznie utrudnia zakładom prowadzenie właściwej polityki finansowej. Ma też, poprzez zwiększenie liczby czynników ryzyka, negatywny wpływ na politykę inwestycyjną

Jeszcze raz podkreślam, rynek potrzebuje prostych produktów, a nie kalki rozwiązań, które sprawdziły się lub nie na zagranicznych rynkach. Tego błędu nie można powtórzyć. W innym razie, za kilka lat będziemy mogli sobie powiedzieć, że właśnie pogrzebaliśmy rynek ubezpieczeń na życie. Sygnał jest wyraźny i powinien być przez wszystkich jednoznacznie odebrany.

A może sprzedawane u nas ubezpieczenia są po prostu za drogie w stosunku do oferowanego zakresu ochrony?

Być może. Niestety, zakłady nie prowadzą - zasłaniając się dużymi wydatkami, jakie na to trzeba ponieść - pogłębionych statystyk, które pozwoliłyby na lepszą ocenę ryzyka. Tymczasem brak odpowiedniej liczby danych powoduje uśrednienie cen za ochronę ubezpieczeniową, przez co potencjalnie mniej szkodowi klienci (osoby niepalące, prowadzące zdrowy tryb życia, nie zagrożone chorobami dziedzicznymi - przyp. T.B.) muszą płacić wyższe składki. Można więc uznać, że te osoby traktowane są niesprawiedliwie. Jest jednak jedno zastrzeżenie. Zebranie dokładnych danych, które pozwoliłyby obniżyć stawki, wiąże się przecież z bardzo głęboką ingerencją w sferę prywatną klienta. Nie wiem, czy Polacy są na to mentalnie przygotowani.

Wróćmy jednak do problemów rynku ubezpieczeniowego. Jakie działania należy podjąć, aby zapobiec katastrofie?

Reklama
Reklama

Przede wszystkim uporządkować działanie pośredników, poprzez ich lepsze przygotowanie do obsługi klienta, a nie wyłącznie do sprzedaży. A więc szkolić i jeszcze raz szkolić.

Już słyszę te głosy, po co 150 godzin szkoleń dla agentów? Kto za to zapłaci?

Uważam, że jeśli zakłady nie przygotują sobie odpowiednio sieci agentów, to nigdy nie będą miały dobrego portfela.

Ale, jeśli pomnożymy 150 godzin przez np. 3000 agentów (a tyle mają średnie firmy ubezpieczeniowe), to wyszkolenie całej sieci do postulowanego przez Panią poziomu może rzeczywiście kosztować majątek.

A czy ktoś wykazał, że lepiej mieć sieć 3000 złych agentów niż np. tylko 600, ale za to dobrze wyszkolonych? Wielkość sieci nie przesądza przecież o jakości obsługi. Towarzystwa muszą wreszcie zrozumieć, że nie ma innej alternatywy dla stabilnego budowania biznesu. Wprawdzie wyniki sprzedaży 2001 r. nie są złe, ale trzeba pamiętać, że w IV kwartale wiele z osób, które szukały rozwiązań umożliwiających ucieczkę przed opodatkowaniem zysków z lokat, zdecydowało się na zakup polisy ubezpieczeniowej. Bez "podatkowego zawirowania" dynamika pozyskanej składki w ubezpieczeniach na życie byłaby znacznie niższa.

Reklama
Reklama

I jeszcze jedno. Zakłady ubezpieczeń wyraźnie przegrały batalię o "zdesperowanego" klienta z towarzystwami funduszy inwestycyjnych, których aktywa w gorących miesiącach ostro poszybowały w górę. Oczywiście, teraz ten wzrost aktywów nie będzie już tak dynamiczny, być może należy liczyć się z niewielkim spadkiem, ale niewątpliwie TFI doskonale wykorzystały nadarzającą się okazję, przejmując w zarządzanie kilka miliardów oszczędności gospodarstw domowych.

Pozycja TFI będzie systematycznie rosnąć, kosztem zakładów ubezpieczeń na życie. Spójrzmy choćby na to, jak środowisko TFI inteligentnie rozgrywa sprawę III filaru systemu zabezpieczenia społecznego, postulując zwolnienie z opodatkowania dochodów przeznaczonych na plany systematycznego oszczędzania. Powtarzam, zakłady powinny uprościć swoje produkty, w innym razie będą nadal tracić klientów i przegrywać kolejne bitwy.

Jakie zagrożenia czyhają na towarzystwa ubezpieczeń majątkowych?

Niepokoi mnie, że wzrost kosztów, zwłaszcza administracyjnych, jest nieproporcjonalny do dynamiki pozyskiwanej składki. Niestety, wzrost rynku jest tylko nominalny (4,9% - przyp. T.B.). W ubezpieczeniach komunikacyjnych, a więc naszych "sztandarowych produktach", po odliczeniu inflacji, odnotowaliśmy nawet spadek przypisu składki. W takiej sytuacji 11-proc. wzrost kosztów działalności ubezpieczeniowej jest nie do przyjęcia. Zwłaszcza że towarzystwa muszą w tym roku liczyć się ze znacznym wzrostem cen za ochronę reasekuracyjną (zmniejszeniem wartości wypłacanych prowizji reasekuracyjnych i udziałów w zyskach reasekuratora, które obniżają koszty działalności ubezpieczeniowej zakładów - przyp. T.B.).

Kolejnym potencjalnym zagrożeniem dla tego sektora może być wzrost wartości wypłacanych świadczeń, związany z planowanymi zmianami w ustawie o ubezpieczeniu zdrowotnym (minister zdrowia chce m.in., aby zakłady ubezpieczeń partycypowały w kosztach leczenia i rehabilitacji ofiar wypadków drogowych, pokrywając je ze składek z ubezpieczenia OC - przyp. T.B.). Może to doprowadzić w przejściowym okresie do przesunięcia dostosowania składki do zobowiązań.

Reklama
Reklama

No dobrze, a jak jest z bezpieczeństwem finansowym sektora? Czy firmy nadal wymagają dokapitalizowania?

Oczywiście, że tak. Muszę jednak przyznać, że liczba zakładów, które nie spełniają parametrów bezpieczeństwa, znacznie spadła.

Ile zakładów jest pod "szczególnym" nadzorem PUNU?

Na koniec ubiegłego roku były to jeszcze: jeden zakład ubezpieczeń na życie i trzy zakłady ubezpieczeń majątkowych. Jednak teraz lista jest krótsza.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama