PARKIET: Dwa lata temu, 27 marca 2000 roku, WIG osiągnął szczyt, powszechnie wiązany ze wzrostem cen akcji internetowych. Indeksy spółek internetowych od tego czasu straciły 80-90%. Czy oznacza to, że akcje dotcomów są teraz tanie?
Sobiesław Pająk: Nie jestem przekonany, że przedsięwzięcia internetowe są obecnie niedowartościowane. To, co się stało przed dwoma laty, spowodowało, że inwestorzy nabrali dystansu do sektora internetowego. Do 2000 roku tym rynkiem rządziła chciwość, przekonanie, że nie walczy się z trendem oraz poleganie na metodach wyceny względnej. Na rynkach mocno trendowych poleganie na metodach wyceny względnej powoduje to, że "goni się za własnym ogonem". To wszystko osiągnęło pewien punkt przegięcia i bardzo dobrze zresztą, bo doszło do oczyszczenia krwi. Plewy zostały oddzielone od ziaren i wielu inwestorów zaczęło podchodzić do firm internetowych nie w sposób emocjonalny, lecz racjonalny. Bo tak naprawdę nieważne jest, jaki to jest biznes, czy jest to elektrownia, czy jest to portal. Ważne, czy w jakiejś przewidywalnej przyszłości będzie generować cash-flow.
PARKIET: No właśnie, w początkowej fazie wyceny spółek internetowych uzasadniano różnymi prawami (Moore`a, Metcalfe`a), potem zaczęto przywiązywać uwagę do sprzedaży, by wreszcie skupić się na zyskach czy cash-flow. Czy spółki internetowe powinno wyceniać się tak jak inne przedsiębiorstwa?
Sobiesław Pająk: W moim przekonaniu oczywiście tak.
Tomasz Czechowicz: Tutaj jedna uwaga. Internet jest dosyć szerokim pojęciem. My mówimy o krachu dotcomów, przy czym kwalifikujemy dotcomy jako spółki działające na rynku B2C, może B2B, gdzie podstawowe przychody czerpane są z reklamy on-line i rynku e-commerce.