Wiemy, że w zależności od cen ropy i żywności inflacja zamknie się na koniec roku w przedziale 3,1-5,1%. Pytaniem otwartym pozostaje jak polityka monetarna powinna reagować na ewentualne szoki podażowe? Kwestią równie istotną wydaje się znalezienie odpowiedzi na pytanie: co powinna robić Rada Polityki Pieniężnej, jeśli szoki podażowe nie nadejdą? Od odpowiedzi na te pytania zależeć może przecież bardzo dużo, bo nie tylko przebieg inflacji w przyszłym roku, ale też tempo wzrostu gospodarczego.
Polityka pieniężna nie powinna akomodować szoków podażowych, dopóki nie istnieje niebezpieczeństwo przeniesienia się ich na inflację bazową. Taki sposób postępowania podpowiada dostępna wiedza i doświadczenie wielu krajów. Jednak w przypadku, kiedy istnieje uzasadnione podejrzenie, że ceny paliw czy żywności przełożyć się mogą na wzrost trendu inflacyjnego, a więc kiedy impuls inflacyjny nabiera cech trwałych, a nie przejściowych - restrykcyjność polityki monetarnej musi wzrosnąć. W konkretnych warunkach polskich oznaczałoby to definitywne zamknięcie sekwencji redukcji stóp procentowych.
Wydaje się, że stopa interwencyjna na poziomie 8,5-9% to wszystko, na co można sobie jeszcze w tym roku pozwolić. Wzmocniłoby to pierwsze sygnały ożywienia gospodarczego, nie mające przy tym pierwszorzędnego znaczenia z punktu widzenia presji inflacyjnej. Kiedy regularnie spadają oczekiwania inflacyjne, można w miarę bezpiecznie zmniejszyć lukę popytową. Nie bez znaczenia jest też fakt, że rząd - jak można przypuszczać - pogodziłby się z takim przebiegiem polityki monetarnej. Wygasiłoby to napięcia polityczne na tle funkcjonowania RPP. Nowelizacja ustawy o NBP i ograniczenie niezależności banku centralnego przestałyby wreszcie straszyć inwestorów.
Powstaje jednak pytanie: jak jednak polityka pieniężna powinna zareagować, gdyby spodziewane szoki podażowe nie nadeszły? Zepchnęłoby to inflację poniżej tegorocznego celu. Czy - jak chciałoby to widzieć wielu polityków i ekonomistów - mogłoby to stwarzać pole dla bardziej agresywnej redukcji stóp procentowych? W żadnym wypadku. Powinien nas o tym przekonać prognozowany przebieg ścieżki inflacyjnej w przyszłym roku.
Przyszłoroczna inflacja będzie, w najlepszym razie, ustabilizowana na tegorocznym poziomie: wyniesie 3,5% na bazie rocznej i 3,7% średniorocznie. Ale, inaczej niż obecnie, dadzą już o sobie znać silne napięcia inflacyjne, groźne dla roku 2004. Pomijając kwestię ewentualnych szoków podażowych, inaczej być po prostu nie może w sytuacji zbliżania się obserwowanego PKB do poziomu potencjalnego. A tak właśnie będą się miały sprawy w roku 2003. Osławiona luka popytowa, której wielkie rozmiary mają świadczyć o głębokiej nierównowadze makroekonomicznej, zniknie już przy tempie wzrostu 3%, czyli takim, jakie jest do przewidzenia w przyszłym roku. Nie pozostawia to zbyt wiele miejsca na ekspansywną politykę monetarną. W całym roku 2003 podstawowa stopa procentowa NBP nie powinna spaść więcej niż 100 pkt. bazowych.