Polski dług publiczny to prawie 360 miliardów złotych - przypomniano kilka dni temu na specjalistycznej konferencji. Niezła fura kasy. Analitycy i specjalistyczne media sprawę polskiego zadłużenia podnosili wielokrotnie. Ale - przy ograniczonym siłą rzeczy zasięgu - wielkiego fermentu to nie wywoływało. Nie tak dawno nawet jeden z poczytnych tygodników alarmował, że Polska tonie w długach. Jako zatroskanego obywatela, ucieszyło mnie tak mocne nagłośnienie sprawy, którą zbyt często zajmują się właściwie tylko analitycy i ekonomiści. Ku mojemu zdumieniu jednak temat ponownie przeszedł bez większego echa. Materiał nie stał się tematem otwartej debaty publicznej. A szkoda wielka. Uświadamianie ludziom, że toną w długach, których sami nie zaciągali, jest przykre. Ale jeśli tego nie będziemy robić, to długi zawalą się na następne pokolenie.

Politycy nie podejmują widocznego wysiłku, by zajmować się sprawą istotnej redukcji długu publicznego. Głowią się za to, jakby tu przedstawiać rozliczenia budżetowe tak, by wyglądało, że np. bieżący deficyt nie jest znowu tak duży. Trzeba mieć świadomość, że - gdyby w ogóle doszło do porozumienia, iż długu należy się pozbyć - to zajęcie na wiele lat. Ale ktoś kiedyś musi zacząć. I nie chodzi o kosmetyczne zabiegi i dopasowywanie się do statystycznych wymogów Unii Europejskiej. Mowa o zmianie filozofii działania państwa.

Nie może być tak, że tolerujemy zasadę "a po nas choćby potop". Po nas będzie tu żyło wielu fajnych ludzi, którzy w żadnym wypadku nie zasługują na to, by jeszcze na długo przed urodzeniem tonęli w długach. Nawet jeśli będą to już eurodługi. I nie może być usprawiedliwieniem fakt, iż sami zostaliśmy "obdarowani" górą długów przez poprzedników. Można żartować, że mamy pecha. Nawet na pewno mamy pecha w wielu sprawach. Ale ktoś ten bałagan musi wysprzątać. Bo potopu, który pogodziłby dłużników i wierzycieli, może nie być. A góra długów będzie rosła. Aż się zawali - na tych, którzy nie ponoszą za nie żadnej odpowiedzialności. Których nie ma, ale którzy będą. Nie fundujmy im atrakcji, za które będą musieli nas przeklinać i za które my przeklinamy rządzących w przeszłości.