Akcje staniały o 6,8%, do 15,2 tajwańskiego dolara, co było największym spadkiem od siedmiu miesięcy. Inwestorzy zdecydowali się na wyprzedaż po komunikacie, który głosił, że niewielkie są już nadzieje na znalezienie kogokolwiek żywego z 225 osób znajdujących się na pokładzie Boeinga 747-200, który w sobotę rozleciał się w powietrzu, a jego szczątki spadły do morza na zachód od Tajwanu. - Dzwoniło mnóstwo klientów, mówiąc: "Zabierzcie mój bilet na China Airlines i dajcie na jakąkolwiek inną linię" - powiedziała Lily Lee, która pracuje w agencji turystycznej You-hang na Tajwanie.
Taka panika jest tym bardziej zrozumiała, że China Airlines są jedną z najbardziej niebezpiecznych linii na świecie. Trzy osoby zginęły, gdy jej samolot MD-11 wiozący 315 pasażerów rozbił się w czasie lądowania w Hongkongu w sierpniu 1999 r. W lutym 1998 r. jeden z jej Airbusów SAS A300 rozbił się w pobliżu lotniska w Tajpei. Zginęły 202 osoby, w tym prezes tajwańskiego banku centralnego. Cztery lata wcześniej też A300 tych linii rozbił się na japońskim lotnisku Nagoya. Zginęły 264 osoby. Pięć osób zaś straciło życie w katastrofie samolotu transportowego 747-200 w Tajpei.
Po każdej z tych katastrof kurs akcji China Airlines spadał bardziej niż o jedną dziesiątą. W ciągu trzech dni po katastrofie z 1999 r. akcje staniały o 11%. Po katastrofie z 1998 r. straciły w trzy dni 17% i spadły do dwuletniego minimum. O 16% do półrocznego minimum spadły po katastrofie z 1994 r.
Gazeta "China Times" informuje na swoich stronach internetowych, że śledztwo w sprawie sobotniej katastrofy nie bierze pod uwagę aktu terroryzmu.
W wyniku sobotniej katastrofy koszty ubezpieczenia China Airlines wzrosną w przyszłym roku do 70 mln USD z 50 mln w tym roku. Jeśli zaś do października spółka nie zdoła znaleźć reasekuranta, to będzie musiała unieruchomić wszystkie swoje samoloty. W kwietniu firma ta prognozowała spadek przychodów w tym roku o 17%, w wyniku rosnącej konkurencji na liniach do Japonii i Hongkongu.