Polska to kraj uładzony pod względem ekonomicznym inaczej. Tak, jak są mądrzy inaczej, albo ładni inaczej, tak samo - jak się okazuje - może być kraj gospodarczo przewidywalny inaczej. I to jesteśmy my. Powinniśmy być dumni. Takie kraje w Europie można już dziś policzyć na palcach jednej ręki.
U nas miarą sukcesu potrafi być osłabienie złotego na wieść o tym, kto zostać może ministrem finansów. A później ostry zjazd po potwierdzeniu się plotek. Za powód do chluby uchodzi wzrost rentowności obligacji tuż przed ważnymi emisjami długich papierów. Rząd, który od kilkunastu miesięcy cierpi i jęczy z powodu wysokich stóp procentowych, atakując nieprzytomnie bank centralny, gładziutko przełyka wzrost stóp na rynku międzybankowym, wywołany wyłącznie własną działalnością. Odpływ kapitału portfelowego przy rosnących potrzebach pożyczkowych państwa jest, naturalnie, kolosalnym sukcesem.
Wychodzi na to, że rząd cieszy się i raduje ze wzrostu oprocentowania kredytów przywiązanych do WIBOR. Wzrost obciążeń z tytułu obsługi kosztów długu prywatnego i publicznego wita z satysfakcją. Metody zwiększenia niepewności inwestorów są przedmiotem bardzo poważnych, strategicznych studiów. Wzrost oczekiwań inflacyjnych nikogo nie martwi, bo inflacja jest nieprzytomnie niska. Spadek rynkowych oczekiwań na redukcję stóp procentowych banku centralnego zbyć można wzruszeniem ramion, bo bank centralny i tak się w końcu znowelizuje.
Rząd prowadzi żmudną pracę u podstaw, której sens byłby raczej wątpliwy, gdybyśmy nie byli krajem gospodarczo przewidywalnym inaczej. Ale ponieważ jesteśmy - więc wszystko staje się jakby odrobinę jaśniejsze. To, co w normalnych warunkach uchodziłoby za szczyt nieodpowiedzialności, u nas staje się elementem głęboko przemyślanej strategii i taktyki gospodarczej.
Trudno pojąć, dlaczego tak wielu ludzi, szczególnie za granicą, podobne postępowanie wciąż jeszcze zaskakuje. Czas najwyższy pojąć, że miało być przecież inaczej. I jest inaczej.