Byki na GPW nie mają ostatnio łatwego życia. Poniedziałek skończyliśmy na minusie, nie reagując zupełnie na ogromne wzrosty w całym Eurolandzie. Wydawało się jednak, że wieczorny rekordowy wzrost w USA nie może pozostać niezauważony na wtorkowej sesji. Faktycznie rynkowi trochę pomógł, ale chyba ograniczyło się to tylko do uniknięcia kolejnej dramatycznej przeceny. Zaczynaliśmy bowiem z dość wysokiego poziomu (na co nie potrzeba znacznego kapitału, a wystarczy dobry nastrój) i jeszcze przed południem zrobiliśmy szczyt (1080 pkt.) i przy dość dużym obrocie wpadliśmy w spiralę spadku, która w niecałe dwie godziny ustanowiła sesyjne minimum 33 pkt. niżej.

Co tak mocno rynki wystraszyło? Dalej borykamy się z problemami banków i utratą zaufania do zarządów, a jest to na tyle niekorzystne, że spadki z tym związane wynikają z faktycznych problemów, a nie emocji przeniesionych z rynków światowych. Nastroje na giełdach potrafią się bardzo szybko zmieniać, a na poprawę fundamentów i wiarygodności spółek potrzeba znacznie więcej czasu. Indeksy mogłyby wprawdzie w ślad za Wall Street ruszyć do technicznego odreagowania, ale u nas przecena była znacznie mniejsza, więc i miejsca na odreagowanie tak dużo nie ma. Do tego wydaje się, że jeszcze nie wszystkie "kwiatki" zostały w spółkach ujawnione.

Jaką pozycję obecnie zająć? Najlepsza byłaby pozycja leżąca na plaży, bo rynki powinny wejść w nieco dłuższą konsolidację. Przed spadkami będą nas powstrzymywać zapory funduszy na październikowym dnie, które do czasu powrotu paniki na światowe rynki nie powinno zostać przebite. Wzrosty natomiast, jak pokazały ostatnie niewykorzystane sesje, muszą być poprzedzone jakąś konsolidacją, formacją podwójnego dna lub trwałą poprawą na światowych parkietach.