Ponieważ większość walorów na kontynencie europejskim to akcje na okaziciela, w szeregu krajów wymagane jest zdeponowanie ich w bankach, aby określić w ten sposób prawa własności. Należy to zrobić na kilka dni przed zgromadzeniem akcjonariuszy, przy czym akcje mogą być zablokowane przez dalszych kilka dni, jeżeli konieczne są kolejne głosowania. Zdarza się, że łącznie blokada trwa do piętnastu dni. System ten zniechęca wielu inwestorów, gdyż w okresie, gdy nie mogą swobodnie dysponować posiadanymi walorami, dochodzi do znacznych zmian ich notowań. Na przykład w ciągu pięciu dni przed walnym zgromadzeniem Vivendi Universal akcje tej spółki straciły na wartości 7,3% oraz dalsze 2,8% w dzień po jego zakończeniu.
Duże kłopoty mają fundusze emerytalne, które czerpią zyski z opłat za pożyczanie akcji. Papiery udostępnione na pewien czas inwestorom trudno jest zgromadzić w odpowiednim momencie, aby następnie zdeponować je przed walnym zgromadzeniem. Toteż instytucje te muszą często rezygnować z głosowania, chociaż w ich interesie byłoby wzięcie w nim udziału.
Francja zniosła w maju br. obowiązek blokowania akcji, ale obowiązuje on nadal w dziewięciu z piętnastu państw UE oraz w sześciu krajach europejskich, nienależących do tego ugrupowania. Na problem ten zwróciła ostatnio uwagę Komisja Europejska, zlecając grupie prawników przygotowanie do października specjalnego raportu, który będzie następnie podstawą do dyskusji.
Jednym ze sposobów zwiększenia udziału europejskich akcjonariuszy w głosowaniach byłoby wprowadzenie systemu amerykańskiego. W USA każdy posiadacz ważnych w danym dniu akcji imiennych może głosować za pośrednictwem internetu. Jednak inwestorzy europejscy niechętnie patrzą na ewentualne upowszechnienie tego rodzaju walorów, gdyż władze mogłyby wówczas łatwiej wyegzekwować należności podatkowe.