W zasadzie możliwe są dwa podejścia do kwestii równowagi fiskalnej i wzrostu gospodarczego w dłuższym okresie. Nieco na wyrost nazwać je można nawet alternatywnymi nurtami filozofii polityki gospodarczej.
Po pierwsze - można zaproponować obywatelom, przedsiębiorcom, uczestnikom rynku, nadzwyczajne akcje oddłużania, zachęty, premie, abolicje i kary, którym towarzyszy systematyczne zwiększanie obciążeń podatkowych.
Po drugie - można zaproponować obywatelom, przedsiębiorcom, uczestnikom rynku, obniżenie podatków, ujednolicenie i upowszechnienie systemu podatkowego, czemu towarzyszy rygorystyczne egzekwowanie przez Skarb Państwa należności.
Szkoda chyba czasu na przekonywanie kogokolwiek, który rodzaj filozofii ekonomicznej preferowany jest w Polsce przez aktualny rząd. Rzecz musi być oczywista nawet dla wyedukowanego na telewizji publicznej przedszkolaka... Nie ma też chyba większego sensu przekonywanie średnio wykształconego ekonomisty, które z tych dwóch wykluczających się podejść do polityki gospodarczej jest bardziej efektywne, lepsze dla wzrostu gospodarczego i równowagi finansów publicznych w dłuższym okresie.
W Polsce obciążenia podatkowe rosną. Progi podatkowe nie są rewaloryzowane. Wprowadza się nowe winietowe parapodatki. Rozważa się likwidację kwoty wolnej od opodatkowania. Lada chwila wypłynie sprawa wzrostu obowiązkowej składki na ubezpieczenie zdrowotne. Proponuje się kolejne usztywnienie wydatków budżetu, związanych z większym niż pierwotnie zapowiadano realnym przyrostem świadczeń społecznych. Jakakolwiek poważniejsza restrukturyzacja strony wydatkowej budżetu idzie jak po grudzie, co doskonale widać na przykładzie systemu emerytalnego rolników. Zwiększenie fiskalizmu odbywa się w atmosferze nadzwyczajnej, antykryzysowej "akcji oddłużeniowej". I przy głośno powtarzanych zapewnieniach o spadku deficytu.