"Zysk bez ryzyka" oferował spot reklamowy obligacji Skarbu Państwa. Instrumenty te powszechnie uważane są za jedną z najbezpieczniejszych form lokaty kapitału. Co prawda, zaufanie do nich podważył kryzys argentyński, ale wciąż uważane są za doskonały, gwarantujący zrównoważony wzrost, środek do dywersyfikacji portfela. Przezorni inwestorzy instytucjonalni starają się opracować nawet definicję bankructwa państwa w celu minimalizacji ewentualnych strat. Doświadczenia poprzednich stuleci uczą jednak, że zakup obligacji niekoniecznie jest gwarancją stałego dochodu.
Gwałtowny rozwój rynku papierów dłużnych przypada na pierwsze dekady XIX stulecia. Po pokonaniu Bonapartego rząd w Londynie starał się ograniczyć ogromne zadłużenie, będące dziedzictwem wojny. Inwestorzy zostali zmuszeni do poszukiwania zysku za granicą. Początkowo zadowalały ich obligacje odbudowującej się Francji, ale wkrótce znaleźli bardziej egzotyczne miejsca do lokowania kapitału.
W Ameryce Łacińskiej (cóż za zbieżność) trwało powstanie przeciwko hiszpańskiej metropolii. Buntownicy potrzebowali kapitału na sfinansowanie uzbrojenia. Ich przedstawiciele dotarli do Londynu, gdzie mamili inwestorów perspektywami gigantycznych zysków. Gwarancją miały być nieprzebrane bogactwa Ameryki, a zwłaszcza kruszce. Oprocentowanie było niezwykle korzystne (ok. 7%) - dwukrotnie przewyższało stopę zwrotu z obligacji brytyjskich. Kolejną zachętą było stosowanie swoistych dźwigni finansowych przez umożliwianie inwestorom subskrypcji za przedpłatą zaledwie 10% wartości emisyjnej. Połączenie tego mechanizmu ze zwyżką kursu, wywołaną olbrzymim popytem, dawało zysk w wysokości ok. 150%. Nic dziwnego, że inwestorzy przestali kalkulować ryzyko.
Obligacje południowoamerykańskie bazowały na specyficznym systemie. Odsetki były wypłacane z kapitału uzyskanego z następnych emisji, co przypominało piramidę finansową. System opierał się więc wyłącznie na założeniu, że popyt na papiery będzie stały. Emitenci - państwa Ameryki - nie dawali wówczas żadnych realnych gwarancji, z uwagi na opłakany stan ich finansów. Szybko jednak okazało się, że państwo nie jest potrzebne do emisji. Na fali ogólnego optymizmu spekulanci zaangażowali kapitał w obligacje państwa o nazwie Poyais. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że państwo to nie istniało. Była to mistyfikacja pewnego Anglika, który kupił kilkadziesiąt hektarów bagien, po czym zapewniał, że jest to kraj bardzo bogaty, żyzny, mający wielkie perspektywy. Zorganizował on nawet wyprawę kolonizacyjną, w której udział wzięło ok. 200 ludzi. Część z nich zginęła w starciach z Indianami, pozostali rozgoryczeni wrócili do ojczyzny. Nie stanowiło to jednak problemu dla przedsiębiorczego awanturnika, który z 600 tys. funtów uciekł do Paryża.
Wynika z tego, że nawet teoretycznie najbezpieczniejsze inwestycje, przy pomysłowości organizatorów, mogą się okazać groźnymi pułapkami. Mnie jednak powyższy przykład pozwala optymistyczniej spojrzeć na świat. Nasz deficyt finansów publicznych, pomimo swojego rozmiaru spełnia pewną pozytywną rolę. Jest świadectwem tego, że nasze państwo przynajmniej istnieje.