Od pewnego czasu, w związku z rosnącym zaangażowaniem kapitałowym OFE na GPW, coraz popularniejsze staje się granie "pod fundusze". Wypowiedzi zarządzających są przez niektórych uczestników rynku śledzone z wielką uwagą, nie mniejszą niż wystąpienia ministra finansów czy szefa NBP. Podobnie informacje dotyczące przelewów z ZUS do OFE stały się równie poszukiwane jak wieści ze spółek. Gracze starają się przewidywać posunięcia zarządzających i dzięki temu w odpowiednim momencie podłączyć do ruchów wywoływanych przez duży kapitał. Najczęstsze tego typu zachowanie można zaobserwować wśród inwestorów zaangażowanych na rynku terminowym. Spowodowane jest to tym, że fundusze są najbardziej aktywne w przypadku największych spółek, a to właśnie ich walory są instrumentem bazowym dla derywatów.
Powyższe postępowanie jest dosyć ryzykowne. Kilkakrotnie byliśmy świadkami tego, że przelewy z ZUS niekoniecznie przekładają się na wzrost wartości indeksu. Ponadto, nie zarzucając niczego zarządzającym, należy rozpatrzyć motywy ich wypowiedzi. Historia pokazuje, że postępowanie wedle wskazówek "rekinów rynku" niekoniecznie przynosi oczekiwane rezultaty.
Na Wall Street w drugiej połowie XIX wieku dość często spotykana była tzw. partidges trick. Polegała ona na tym, że zarządzający funduszem zamierzając doprowadzić do aprecjacji walorów jakiejś spółki rozpuszczał fałszywe informacje o jej podobno kiepskiej kondycji. Miało to na celu nie tylko zbicie kursu akcji, aby taniej je kupić. Głównym zadaniem operacji było przygotowanie gruntu pod przyszły impet wzrostu. Czasami nawet fundusz oferował akcje, które sam posiadał. Kiedy osiągnięto zamierzony cel, zarządzający wywoływali gwałtowny wzrost kursu. Zadanie ułatwiał fakt, że niedźwiedzie (ci, którzy "krótko" sprzedali akcje) były zmuszone płacić każdą cenę, aby odkupić akcje i w ten sposób minimalizować straty. Wzrosty wynosiły wówczas czasem ponad 1000%!
Tego typu manipulowanie rynkiem nie było jednak wynalazkiem amerykańskim. W 1815 roku w Londynie bezpośrednio przed rozstrzygającą bitwą z Napoleonem, na rynkach panowała duża dezorientacja. Niepewność skłaniała do nerwowych ruchów. W tej sytuacji gracze starali się naśladować poważnych inwestorów. W centrum zainteresowania znalazły się operacje N. Rothschilda. Ten, zdając sobie sprawę z wpływu, jaki wywiera na rynek, postanowił zarobić na naiwności spekulantów.
Był pierwszą osobą, która otrzymała wiadomość (przez gołębia pocztowego) o wygranej pod Waterloo. Informacja ta, gdyby została upubliczniona, wywołałaby wzrost na rynku. Rothschild zataił ją jednak i rozpoczął sprzedawanie swoich udziałów. Wywołało to panikę na giełdzie, na rynku nastąpił krach. Kiedy w opinii bankiera akcje osiągnęły absolutne minimum, rozpoczął wielkie zakupy. Momentalnie koniunktura odwróciła się, rynek rozpoczął błyskawiczny marsz do góry. Na tej operacji Rothschild zarobił ogromną sumę - milion funtów. Co ciekawe, dziękowano mu za uratowanie giełdy przed ostatecznym załamaniem.