W poniedziałek Biały Dom powołał specjalną komisję, która ma za zadanie ustalenie ekonomicznych reperkusji konfliktu. Następnym krokiem - na podstawie obowiązującej ustawy Tafta-Hartleya z 1947 r. - może być wydanie nakazu powrotu do pracy ponad 10 tysiącom związkowców. Prezydent ma prawo wydać takie rozporządzenie, jeśli uzna, że dalsze przerwy w pracy poważnie zagrażają gospodarce narodowej. Tzw. cooling of period obowiązuje przez 80 dni. Jeśli jednak po tym terminie nie dojdzie do uzgodnienia nowej umowy zbiorowej, Bush będzie już bezradny, gdyż specjalne uprawnienia dotyczą jedynie sporów płacowych w transporcie lądowym i powietrznym.

Poniedziałek był 11. z rzędu dniem lokautu. Zamknięcie 29 portów praktycznie sparaliżowało handel zagraniczny USA na trasach żeglugowych Pacyfiku. W dokach ponad 200 statków oczekuje na załadunek lub rozładunek. Dzienne straty gospodarki oblicza się na 2 mld USD. Z powodu braku surowców i części zamiennych wstrzymywało produkcję coraz więcej zakładów pracy w Kalifornii, Oregonie i stanie Waszyngton. Lokaut zaskoczył także handlowców, którzy gromadzą obecnie zapasy przed zbliżającym się okresem zakupów świątecznych.

Rozmowy na temat nowej umowy zbiorowej załamały się w nocy z niedzieli na poniedziałek. Nie pomogła obecność federalnego mediatora. Uzgodniono jedynie, że wznowione zostaną dostawy najniezbędniejszych towarów na Hawaje i Alaskę. Spór płacowy toczy się przede wszystkim o świadczenia emerytalne. Związkowcy domagają się zwiększenia wpłat na konta emerytalne o 25%, do ok. 50 tys. USD. Dla pracodawców oznaczałoby to wydatek rzędu miliarda dolarów skali rocznej. Pracownicy doków należą do elity wykwalifikowanej siły roboczej w USA. Przeciętny doker zarabia średnio 82 tys. USD rocznie, a brygadzista 157 tys. USD.