Ostatnie zamachy terrorystyczne na Bali i Filipinach pozwalają wysuwać przypuszczenia, że koalicja sprzed roku odrodzi się, a prezydent Bush uzyska upragnioną rezolucję ONZ, sankcjonującą użycie siły w Iraku. Perspektywa wojny wydaje się więc coraz bliższa. Myślę, że warto w tym kontekście zaprezentować relację, jaka zachodzi pomiędzy konfliktem zbrojnym a kursami akcji.
Podobno nic nie służy lepiej gospodarce niż wojna na terytorium przeciwnika. Znakomicie ilustruje to przykład zeszłorocznego "ożywienia" gospodarczego w USA. Było ono spowodowane głównie wzrostem zamówień rządowych, zwłaszcza tych dotyczących zbrojeń. Analogiczna sytuacja zaszła podczas nalotów na Serbię.
W bardziej odległej przeszłości dowód na to można znaleźć, analizując wykres indeksu giełdy z Wall Street (poprzedniczki NYSE) podczas wojny secesyjnej. Wybuch konfliktu przyniósł zdecydowaną przecenę akcji. Było to naturalną reakcją społeczeństwa, które zagrożone wolało mieć gotówkę w ręku niż fikcyjne pieniądze na giełdzie. Wkrótce jednak inwestorzy uświadomili sobie, jakie szanse stwarza im rozchwiany rynek. A możliwości były naprawdę ogromne, ponieważ Kongres uchwalił ustawę, upoważniającą do emisji banknotów, które nie miały pokrycia w złocie. Miały one służyć finansowaniu działań zbrojnych. Mimo że ich wartość nominalna była weryfikowana w dół przez społeczeństwo (aby nabyć złotą jednodolarówkę trzeba było zapłacić 3 dolary w banknotach), ich emisja wywarła zbawienny wpływ na gospodarkę Unii. Nowe pieniądze docierały zarówno do przemysłu, jak i do sektora rolnego. Znalazło to dość szybko odzwierciedlenie w wynikach spółek. Ponadto wywołana banknotami inflacja powodowała, że obligacje o stałym oprocentowaniu stawały się nierentowne. W związku z tym inwestorzy postanowili powrócić na rynek akcji.
Po początkowej hossie odzwierciedlającej poprawę koniunktury, na giełdzie zapanowało szaleństwo. Inwestorzy obawiali się długoterminowo angażować kapitał ze względu na niepewną przyszłość. Spekulacja zawładnęła rynkiem, obroty rosły. Grano niemal wyłącznie "pod bitwy". Wynik stoczonych walk znajdował swoje odbicie na wykresie. Paradoksalnie, zwyżki wywoływały bitwy przegrane przez Unionistów. Po jednej z takich bitew, w której życie straciło 17000 żołnierzy stanów północnych, na giełdzie zapanowała prawdziwa hossa. Niektóre akcje zyskały nawet po 90%.
Przyczyny tych z pozoru irracjonalnych zachowań są bardzo proste. Przegrane starcie oddalało w czasie koniec wojny, a więc również zaprzestanie emisji banknotów - źródła dobrej koniunktury. Trzeba przyznać jednak, że ówcześni Amerykanie dość szczególnie manifestowali swój patriotyzm.