Jak czarownice na Łysa Górę, tak do podwarszawskiego Zalesia zjadą niedługo nadzorcy bankowi z 17 krajów. Z siedemnastu! Przez kilka dni polski rynek finansowy będzie niczym forteca. Mówiąc jednak poważnie - sabat nadzorców ma nie tylko wymiar merytoryczny. To także świetna okazja do promocji Polski jako kraju stabilnego, którego rynek finansowy jest już oceniany jako na tyle dojrzały, że pora na udzielanie lekcji innym.
Ale od początku. Jakkolwiek paradoksalnie to by nie zabrzmiało, wolny rynek usług finansowych nie może obejść się bez "bata" - bez dobrych regulacji, kryteriów bezpieczeństwa i sprawnego nadzoru, który przestrzeganie owych zasad jest w stanie bezwzględnie wyegzekwować. Inwestorom giełdowym przypominać tego pewnie zresztą nie trzeba. Z jednej strony, nie zostawiają suchej nitki na nadzorcy kapitałowym (za rzekome przeregulowanie rynku), z drugiej zaś - oczekują niemal omnipotentnego nadzorcy-szeryfa, który uchroni ich przed cwaniakami i rynkowymi bandytami. Nadzór kapitałowy miał pecha - delikatnie mówiąc, cokolwiek zastanawiająca impotencja organów ścigania, prokuratorów i sądów skutecznie związała ręce KPWiG. Wypominając przewinienia Komisji, pamiętajcie Państwo o tym, że to z tego kraju, niemal w świetle fleszy, wypuszczono dżentelmenów z Colloseum. I nie bądźcie naiwni by wierzyć, że stało się to przypadkiem. To, że sprawa jakby umarła medialnie jest przypadkiem tylko dla naiwnych sierotek.
No więc, OK. Nadzór kapitałowy miał pecha. Nadzór nad funduszami emerytalnymi był na tyle dziwaczny, że może i lepiej się stało, że go już nie ma (choć fatalnie się stało, że jego kompetencje nie trafiły do KPWiG). Na polu bitwy mocno trzyma się nadzór bankowy. Jasne, były takie cuda jak skaczący "na główkę" współautor hecy pt. "Bank Staropolski". Był Bank Częstochowa (pamiętam tę zimną niedzielną noc, gdy oczekiwałem małego linczu, bo przy tłumie klientów mówiłem rzeczy, których ów tłum nie chciał w ogóle słuchać...).
Ale, na szczęście, te marginalne w sumie wyjątki były tylko wyjątkami. Od reguły, że system jest stabilny i bezpieczny. Bo jest. I świadczy o tym nie tylko jego statystyczna i mierzona wskaźnikami sytuacja. Dowodem na to, że jest OK, jest zaufanie, jakim darzą polski nadzór Amerykanie.
Mówienie o tym, jak ważny jest czujny nadzór bankowy, byłoby truizmem totalnym. Ale już mniej oczywiste dla większości publiczności okaże się pewnie stwierdzenie, że to polski nadzór dopracował się opinii, która pozwala na zajęcie roli nauczyciela dla innych krajów regionu. A błogosławieństwa udzielili temu pomysłowi Amerykanie, którzy między 1993 a 2000 r. sami szkolili Polaków. Potem rolę belfrów przedstawiciele rządowej agencji amerykańskiej USAID zostawili właśnie naszym nadzorcom. Tak urodził się projekt określany skrótem TIBS (Training Initiative for Banking Supervision). Stąd też takie wydarzenia, jak sygnalizowane na początku seminaria szkoleniowe dla nadzorców z kilkunastu krajów. Jakby tego było mało, poza TIBS-em polski nadzór szkoli Chińczyków.