Piątkowa sesja mogła zirytować dużą część posiadaczy długich pozycji. Zachowanie naszego rynku po raz kolejny było odmienne od tego, co obserwuje się na zachodnich rynkach. Ostatnio warszawska giełda wyróżniała się mocą. Na piątkowej sesji się to zmieniło. Gdy na całym świecie panuje niepodzielnie byk, a niedźwiedź umyka w popłochu, u nas ceny spadają.

Kto liczył na wzrost i trzymał się długiej pozycji, po czwartkowym zamknięciu w USA już przeliczał zyski. Było ryzykownie, bo u nas w czwartek, w końcówce podaż przycisnęła. Jednak mocne nerwy pomogły. Można było spodziewać się nagrody. Każdy byk był radosny, jak dziecko idące z ojcem do cukierni. Gdy sesja się skończyła, ten sam byk czuł z pewnością takie samo rozczarowanie, jak dziecko, gdy okazuje się, że na słodkości może popatrzeć tylko przez szybę.

Zaczęliśmy ładnie. Tak jak "należało" - od wzrostu. Kontrakty otworzyły się 9 pkt nad czwartkowym zamknięciem. Po chwili wahania popyt wziął się do roboty. W momencie rozpoczęcia notowań na rynku kasowym, kurs serii marcowej zbliżył się do poniedziałkowego maksimum. Niestety, podobnie jak w czwartek, w najważniejszym momencie nie było chętnych do ataku. Na reakcję podaży długo nie trzeba było czekać. Ceny zaczęły powoli spadać. To wszystko działo się przy nadal rosnących indeksach w Europie.

Taki stan rynku skłonił wielu graczy do zamknięcia długich pozycji, co pogłębiło spadek. Patrząc na wykres, można stwierdzić, że nie wszystko jest jeszcze stracone. W czasie końcowego fixingu pojawił się popyt, dzięki któremu udało się zamknąć notowania 5 pkt nad minimum sesji i to w sytuacji, gdy możliwe było ustanowienie nowego minimum. Dzięki temu wykres nie przebił średniej kroczącej. Mała szansa dla byków pozostała.