Pod koniec tygodnia zdecydowanie spadła aktywności inwestorów na warszawskim parkiecie. Znalazło to odzwierciedlenie w obrotach, które w czwartek były najniższe od listopada 1996 r. (na spółkach z WIG20). Wydaje się, że powodem mniejszej aktywności jest niepewność związana z losami amerykańskiej interwencji w Iraku, co jest poważnym zagrożeniem dla kontynuacji wojennej hossy.

Zagrożenia tego nie sposób dostrzec na wykresie indeksu WIG20. Widać wyraźnie, że inwestorzy liczą na kontynuację wzrostów na światowych giełdach. Kontynuację, która wreszcie wyrwie polski rynek z marazmu i stworzy pierwszą od czterech miesięcy okazję do zarobku. Tak bowiem trzeba interpretować piątkową obronę podwójnego wsparcia, jakie na wysokości 1110 pkt tworzyła trzynastodniowa średnia oraz linia szyi odwróconej głowy z ramionami. Tym samym byki, pomimo swej słabości, mają szansę doprowadzić do wzrostu w rejon 1170 pkt. Pytanie tylko, jak duże są te szanse, skoro po drodze znajduje się kluczowy dla koniunktury opór na poziomie 1140 pkt.?

Powyższe pytanie jest niezwykle istotne w kontekście zachowania wykresu tygodniowego. Tu niestety strona popytowa nie dała rady doprowadzić do zamknięcia luki bessy sprzed ośmiu tygodni (1120-1140 pkt). Byki praktycznie nie podjęły próby ataku na wspomnianą barierę podażową. Doprowadziło to do powstania niskiego czarnego korpusu. Świeca ta w sposób jednoznaczny pokazuje, co o rynku myślą gracze średnioterminowi. Takie zachowanie musi przynieść określone reperkusje (spadek do 1080 pkt) w następnych tygodniach.

Próbując pogodzić bądź co bądź dwa różne scenariusze wynikające z tego samego wykresu, skłaniam się ku temu, że początek przyszłego tygodnia przyniesie próbę wzrostu, zgodnie z tym, co sugeruje wykres dzienny. Przy dobrych nastrojach na świecie byki dociągną do 1140 pkt. Tam też powinna zacząć się ofensywa sprzedających. Tak że ewentualną zwyżkę najlepiej wykorzystać do sprzedaży akcji, gdyż na hossę nie ma w tej chwili co liczyć.