Od ponad tygodnia niemiecki rynek pozostaje w zawieszeniu. Inwestorzy nie mogą się zdecydować, czy dalej kupować czy też może sprzedawać akcje. Na to pierwsze nie pozwalają utrzymujące się liczne sygnały sprzedaży, jakie w ciągu ostatnich 10 sesji powstały na wykresie DAX (m.in. potwierdzona formacja harami, przełamanie linii hossy). Dodatkowo niepewność tę potęgują publikowane dane makroekonomiczne, jak chociażby podana wczoraj wartość PKB w I kw. 2003 (spadek o 0,2 proc. wobec oczekiwanego wzrostu o 0,1 proc.). Pokazują one wyraźnie, że z niemiecką gospodarką, delikatnie mówiąc, nie jest najlepiej.

Jednak na razie inwestorzy wpatrzeni w rosnące giełdy amerykański i nie zamierzają jeszcze pozbywać się akcji. Efektem jest minitrend boczny, skupiony wokół poziomu 2950 pkt. Niestety, nic nie zapowiada, żeby mogło się to zmienić. Pozostaje więc czekać. Jak zwykle, sygnał "przyjdzie" z Wall Street.

Dużo więcej dzieje się na giełdzie w Tokio, gdzie niedźwiedzie straciły nieco animuszu. Próbują to wykorzystać spragnione wzrostu byki. Mają już na tym polu mały sukces. Za taki bowiem należy uznać pokonanie 11-miesięcznej linii trendu spadkowego. Co prawda, trudno z tego powodu wpadać w zachwyt. Zwłaszcza że nie powiódł się atak na opór, który na 8300 pkt. tworzy górne ograniczenie 8-miesięcznego trendu spadkowego oraz 5 kolejnych dołków, jakie od października 2002 do lutego br. ukształtował Nikkei. Nadzieję, że kupujący doprowadzą do pokonania opisywanego wyżej oporu, stwarzają wzrostowe dywergencje na RSI i MACD. Trzeba jednak wyraźnie zaakcentować, że nawet gdyby doszło do pokonania oporu na 8300 pkt., to nie musi to automatycznie oznaczać wzrostów. Te bowiem uzależnione będą od sytuacji na rynkach światowych. Jeżeli ostrzeżenia o możliwym powrocie rynku niedźwiedzia, jakie są widoczne na wykresie niemieckiego DAX, znajdą potwierdzenie w faktach, to nie ma co liczyć na wzrosty. W najlepszym razie Nikkei wejdzie w trend boczny, ograniczony z jednej strony przez dołek z 28 kwietnia br. i właśnie 8300 pkt. z drugiej.