Popyt ani myśli odpuścić. Amerykańskie indeksy przełamały lokalne szczyty z początku maja. Nie współgra to ze wskazaniami płynącymi z sondaży nastroju. Optymiści znajdują się w przewadze, co nie podważa wspomnianych sygnałów technicznych o kontynuacji wzrostów. Jednocześnie mimo wysypu białych świec, wciąż nierozstrzygnięta pozostaje sytuacja na indeksie rynku szerokiego - S&P 500. Przełamanie linii trendu długoterminowego, zapoczątkowanego jeszcze w 2000 roku, jest zbyt niewielkie, aby zachęcało do zmiany oceny rynku. Europa zareagowała wprawdzie na wzmożony popyt za oceanem wzrostami, jednak ostatnie doniesienia dotyczące wzrostu PKB nie pozostawiają złudzeń, że era tłustych zysków firm ze Starego Kontynentu wciąż nie nadeszła. Japonia od dłuższego czasu stanowi rynek zapomniany przez inwestorów. Trend boczny trwający od marca tego roku ma się całkiem dobrze i każda próba wniknięcia powyżej 8300 pkt (najważniejszy opór w perspektywie co najmniej średnioterminowej) kończy się formowaniem świec zapowiadających odwrót kupujących po coraz wyższych cenach.

Ameryka zadziwia obecnie swoją siłą. Konflikt iracki inwestorzy już dawno przestali uwzględniać w kalkulacjach. Nadszedł czas skupienia się na fundamentach. Dobre wyniki finansowe, uzyskane przez korporacje w I kwartale tego roku, mamy już za sobą. Inwestorzy zaczynają się zastanawiać, co przyniesie ten kwartał. Kontynuacja dobrych wyników w II kwartale uprawdopodobni tezę, że największa gospodarka na świecie wkracza na ścieżkę szybkiego wzrostu. Efektem tego byłaby poprawa wycen rynkowych. Papierkiem lakmusowym, na co mogą liczyć inwestujący w tym kwartale, były środowe dane Departamentu Handlu. Okazało się, że zamówienia na dobra trwałego użytku spadły w kwietniu o 2,4%. Taki wynik był dużo poniżej oczekiwań ekonomistów, którzy spodziewali się, że, owszem, zamówień będzie mniej, lecz spadek wyniesie jedynie 1%. Światełko ostrzegawcze zapaliło się i wciąż pozostaję sceptykiem, że wzrosty w USA będą trwać dalej.