Kiepski punkt startowy
Istotną kwestią, związaną z przystąpieniem do UE, jest punkt startowy. Od dwóch lat Polska notuje bardzo niskie tempo wzrostu gospodarczego. Dla ekonomistów singapurskich wzrost poniżej 6% PKB oznacza recesję. W Polsce możemy mówić o recesji, jeśli wzrost ten jest mniejszy niż 3,5% PKB, rośnie wtedy bezrobocie i pojawiają się problemy typowo recesyjne. W takiej właśnie sytuacji jesteśmy. Taki mamy punkt startowy. Mamy 20-proc. bezrobocie. Jest to najwyższe bezrobocie w krajach OECD. Mamy niski wzrost gospodarczy. Niskie oszczędności krajowe, bo około 16% PKB. Problemy z budżetem są ewidentne, związane przede wszystkim z bardzo dużym udziałem wydatków socjalnych w budżecie, z bardzo niskim udziałem wydatków inwestycyjnych. Oczywiście, wszystkie te uwagi dotyczą budżetu skonsolidowanego, całościowo ujętych finansów publicznych.
W roku 2004 rząd musi dodatkowo wygospodarować około 7,5 mld zł na unijną składkę, czyli w porównaniu z 2002 r. musi zwiększyć o 2,5% dochody całego systemu finansów publicznych. Jednocześnie w pierwszym roku członkostwa mamy raczej małe szanse na uzyskanie porównywalnych wpływów z UE, czyli transfery będą mniejsze niż 7,5 mld zł. Zwiększać się będą dopiero w następnych latach.
Jeżeli transfery z Unii zostaną zagospodarowane na zwiększenie udziałów nakładów inwestycyjnych w skonsolidowanym budżecie, na pewną staną się impulsem popytowym. Jeśli planowane w tym roku inwestycje mają stanowić 7,5% PKB, czyli ma być na nie przeznaczone 25 mld zł, to zwiększenie tej kwoty o 10 mld zł gwarantuje istotny wzrost popytu. Pomijam pobudzanie eksportu "tylnymi drzwiami", co zakładał R. Antczak, raczej nie wierzę w skuteczność tego przedsięwzięcia, ponieważ po przekroczeniu 5-proc. zadłużenia budżetu w stosunku do PKB automatycznie poręczenia i gwarancje znikają z systemu finansów publicznych. Uwzględniając obecną sytuację budżetową jest wysoce prawdopodobne, że stanie się to już w 2005 roku, chyba że zmienimy konstytucję, co jest założeniem absurdalnym.
Znacząca poprawa?