Reklama

Unia daje (?) Polsce szansę na szybszy wzrost cz.2

Zasadniczym obciążeniem fiskalnym, związanym z wejściem Polski do Unii Europejskiej, jest fakt, że z dużym prawdopodobieństwem Polska będzie płatnikiem netto przynajmniej w pierwszym roku członkostwa. Natychmiastowe, tuż po przystąpieniu do UE, zagospodarowanie unijnych funduszy wydaje się raczej nieprawdopodobne. Procedura jest długa, a dotychczasowa współpraca polskich instytucji prowadzących wspólne przedsięwzięcia z UE najlepiej świadczy o długości oczekiwania na unijne płatności.

Publikacja: 11.06.2003 09:51

Kiepski punkt startowy

Istotną kwestią, związaną z przystąpieniem do UE, jest punkt startowy. Od dwóch lat Polska notuje bardzo niskie tempo wzrostu gospodarczego. Dla ekonomistów singapurskich wzrost poniżej 6% PKB oznacza recesję. W Polsce możemy mówić o recesji, jeśli wzrost ten jest mniejszy niż 3,5% PKB, rośnie wtedy bezrobocie i pojawiają się problemy typowo recesyjne. W takiej właśnie sytuacji jesteśmy. Taki mamy punkt startowy. Mamy 20-proc. bezrobocie. Jest to najwyższe bezrobocie w krajach OECD. Mamy niski wzrost gospodarczy. Niskie oszczędności krajowe, bo około 16% PKB. Problemy z budżetem są ewidentne, związane przede wszystkim z bardzo dużym udziałem wydatków socjalnych w budżecie, z bardzo niskim udziałem wydatków inwestycyjnych. Oczywiście, wszystkie te uwagi dotyczą budżetu skonsolidowanego, całościowo ujętych finansów publicznych.

W roku 2004 rząd musi dodatkowo wygospodarować około 7,5 mld zł na unijną składkę, czyli w porównaniu z 2002 r. musi zwiększyć o 2,5% dochody całego systemu finansów publicznych. Jednocześnie w pierwszym roku członkostwa mamy raczej małe szanse na uzyskanie porównywalnych wpływów z UE, czyli transfery będą mniejsze niż 7,5 mld zł. Zwiększać się będą dopiero w następnych latach.

Jeżeli transfery z Unii zostaną zagospodarowane na zwiększenie udziałów nakładów inwestycyjnych w skonsolidowanym budżecie, na pewną staną się impulsem popytowym. Jeśli planowane w tym roku inwestycje mają stanowić 7,5% PKB, czyli ma być na nie przeznaczone 25 mld zł, to zwiększenie tej kwoty o 10 mld zł gwarantuje istotny wzrost popytu. Pomijam pobudzanie eksportu "tylnymi drzwiami", co zakładał R. Antczak, raczej nie wierzę w skuteczność tego przedsięwzięcia, ponieważ po przekroczeniu 5-proc. zadłużenia budżetu w stosunku do PKB automatycznie poręczenia i gwarancje znikają z systemu finansów publicznych. Uwzględniając obecną sytuację budżetową jest wysoce prawdopodobne, że stanie się to już w 2005 roku, chyba że zmienimy konstytucję, co jest założeniem absurdalnym.

Znacząca poprawa?

Reklama
Reklama

Poczekajmy...

Czy możliwe jest przyspieszenie wzrostu gospodarczego powyżej magicznych, recesyjnych 3,5%? Analiza tendencji eksportowych przemawia za odpowiedzią twierdzącą. Nieustający wzrost tempa eksportu nie jest jedynie polskim syndromem, rośnie także eksport Słowacji (absolutne pierwszeństwo wśród krajów Europy Środkowej), Czech i Węgier. Poprawia się również saldo polskiego rachunku handlu zagranicznego. W 2001 r. mieliśmy niecałe 3% deficytu na rachunku bieżącym w układzie, co ważne, transakcyjnym. Jeżeli utrzyma się tendencja wzrostu tempa eksportu, to mamy szansę, że sektor prywatny pchnie gospodarkę. Natomiast sektor państwowy, budżetowy ze względu na obowiązującą strukturę finansów publicznych, z punktu widzenia impulsów popytowych będzie sektorem neutralnym. Trudno się spodziewać, żeby skonsolidowany sektor budżetowy był w stanie dodatkowo zwiększyć deficyt budżetowy w porównaniu ze stanem tegorocznym. Prawdopodobnie w tym roku deficyt budżetowy wyniesie 6% PKB, a w ujęciu ESA`95 nieco powyżej 4%. Prawdopodobnie w 2004 r. deficyt skonsolidowanego sektora finansów publicznych nieco się powiększy, ale nie będzie to miało istotnego wpływu na pogorszenie popytu. W takiej sytuacji wzrost gospodarczy będzie zależał jedynie od wzrostu eksportu. Oczywiście, możemy jeszcze rozpatrywać inne, zgoła niekeynesowskie, efekty, ale nie ma wątpliwości, że ani MF, ani MGPiPS nie będą w stanie przeprowadzić takiej reformy finansów publicznych, żeby ujawniły się efekty niekeynesowskie. Oczekiwania znaczącej poprawy są więc nieuprawnione.Zahamować degrengoladę

Jedyną rzeczą, która może zahamować degrengoladę w sektorze finansów publicznych, jest stopniowe zmniejszanie wydatków całego sektora w stosunku do PKB. Jest to możliwe jedynie wtedy, gdy wydatki socjalne będą w określony sposób kontrolowane. Na pewno nie zostaną one zamrożone na 2 lata, jak chciałby minister Hausner, ale niewątpliwie zostanie zmniejszony wzrost nominalnych wydatków i prawdopodobnie zostaną też zaostrzone kryteria przydzielania pomocy społecznej. Obostrzenia te, oczywiście, nie oznaczają dużych oszczędności, ale na pewno pozwolą zmniejszyć relację wydatków socjalnych w stosunku do PKB. Jeśli tak się stanie, będziemy mieć do czynienia z lekką poprawą stanu finansów publicznych. Powinny się również ujawnić, związane z tym procesem, efekty keynesowskie z pewnym negatywnym wpływem na popyt krajowy.

Na podstawie analizy stanu gospodarki i obecnych uwarunkowań przewiduję w tym roku wzrost PKB o 3,1%. Zakładam, że będziemy mieli nadal do czynienia z poprawą na rachunku bieżącym. Uważam, że w przyszłym roku wzrost gospodarczy będzie nieco większy - powyżej 4%. Natomiast nie sądzę, aby program naprawy finansów publicznych pozwolił na znaczące przyspieszenie wzrostu gospodarczego w kolejnych latach. Wydaje się, że w następnych latach Polska ma szansę osiągnąć 5- lub nieco powyżej 5-proc. wzrost PKB, zakładając normalny cykl koniunkturalny w krajach zachodnich, czyli bez zakłóceń. Przewiduje się, że od 2003 do 2004 r. powinno nastąpić w krajach UE stopniowe ożywienie gospodarcze, a w latach 2005 - 2006 spodziewany jest boom. Jeśli tak się stanie, możemy liczyć na przyrost eksportu i lekkie przyspieszenie wzrostu gospodarczego.

Szansa na mocny

kurs złotego

Reklama
Reklama

Dodatkowym elementem, który trzeba brać pod uwagę, jest to, że mamy szansę na utrzymujący się mocny kurs złotego, a będzie to spowodowane wzrostem eksportu oraz stagnacją krajowego popytu. Będzie więc szansa na dalszą poprawę rachunku bieżącego. Trzeba też uwzględnić transfery unijne, które maksymalnie mogą osiągnąć netto 1,5% naszego PKB. Czynniki te uniemożliwią długotrwałe osłabienie złotego, czyli założenie, że euro ma kosztować 4,35 zł w momencie wejścia Polski do unii monetarnej jest prawidłowym założeniem, pod warunkiem, że wówczas 1 USD będzie kosztował 1,20 euro. Jeśli za 1 USD przyjdzie płacić 1 euro, a 1 euro będzie kosztowało 4,35 zł, wówczas na pewno nastąpi osłabienie złotego w stosunku do dzisiejszego poziomu o około 10%. Jednak wydaje się to mało prawdopodobne. n

Referaty zaprezentowane na seminarium z cyklu BRE Bank - CASE w maju br. Opublikowany w Zeszytach BRE Bank - CASE nr 66 pt. Polska w Unii

Europejskiej. Jaki wzrost gospodarczy?

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama