No właśnie, czy na pewno wszystko? Czy nadal co roku będziemy się borykać z trzeszczącym w szwach budżetem? Czy zagraniczni inwestorzy nadal będą omijać Polskę szerokim łukiem? Czy nadal będziemy mieli spektakl pod tytułem "Kogo dzisiaj wywali premier" oraz serial "Afera co drugi dzień"? Czy ciągle podatki będą za wysokie, tak samo jak koszty pracy, a jedynym pomysłem na ich obniżkę będzie podwyżka?
Te pytania można by mnożyć. Z quasi-expose premiera Leszka Millera nie wynika nic, co mogłoby mnie uspokoić. Prawda jest taka, że mówił to samo dwa lata temu, gdy po raz pierwszy - jako świeżo upieczony szef rządu - starał się o wotum zaufania dla swojego gabinetu. Fakt, że teraz premier Miller musi powtarzać to samo, oznacza, że niewiele mu wyszło. Zakończenie negocjacji i wygrana w referendum to w sumie jedyne sukcesy tego rządu - choć ośmielę się stwierdzić, że takie same osiągnęłaby każda inna Rada Ministrów.
Owszem, pojawiło się parę nowych wątków. I tak z jednej strony pan premier nie mówi o konstruktywnej współpracy z NBP, ale chce się dogadać z bankiem centralnym, żeby ten wydrukował parę miliardów złotych. Nową rzeczą ma być podatek liniowy. Ale pan premier trzyma się uparcie zasady, że budżet musi dostać tyle samo, ile obecnie, i nie mogą ucierpieć najubożsi. Więc chciałbym się dowiedzieć - po co miałaby być ta zmiana? Do tej pory wydawało mi się, że cały sens wprowadzenia podatku liniowego polega na tym, że dzięki niemu obciążenia podatkowe spadną, a powstała dziura zostanie załatana dzięki redukcjom wydatków. A tego tematu pan premier nie poruszał. Więc nowe wątki stanowiły praktycznie tylko ozdóbkę, pozbawioną kompletnie znaczenia.
Co nas w takim razie spotka w ciągu następnych dwóch lat rządów premiera Leszka Millera? Obawiam się, że czekanie - a to na wzrost, a to na spadek bezrobocia, a to na wzrost poparcia dla tego gabinetu. Czekają nas też dymisje w Radzie Ministrów, bo do tej pory brak sensownego programu pan premier tuszował, wyrzucając co jakiś czas kolejnych podwładnych.
Obawiam się też, że niewiele pomoże tutaj minister gospodarki i pracy, a teraz wicepremier Jerzy Hausner. Prawda jest bowiem taka, że Jerzy Hausner na razie też zbyt wielką ilością sukcesów nie może się pochwalić. Jego wyjątkowa pozycja wzięła się stąd, że stał się on bardzo krytycznym recenzentem ustępującego ministra finansów Grzegorza Kołodki. Jednak na takim tle każdy w miarę rozsądny i trzeźwo myślący ekonomista robił znakomite wrażenie. Pytanie, co się stanie, gdy zabraknie chaosu, bałaganu i kosmicznych pomysłów ministra Kołodki, i trzeba się będzie pochwalić wynikami?