Stosunkowo łatwo jest określić, co zrobić, żeby uzdrowić gospodarkę i zreformować finanse publiczne. Przynajmniej w teorii. Trzeba obniżyć podatki i jednocześnie zmniejszyć deficyt budżetowy. Niższe podatki to więcej środków do dyspozycji, które pójdą na konsumpcje, inwestycje lub oszczędności. Mniejszy deficyt to relatywnie niższe stopy procentowe, a więc niższe koszty finansowania (wyższe ceny sprzedaży obligacji przedsiębiorstw czy też po prostu tańsze kredyty). Poza tym zarówno niższe podatki, jak i niższy deficyt budżetowy przyciągają kapitał zagraniczny. Nie dość bowiem, że więcej zostanie mu w kieszeni, to jeszcze ryzyko inwestycyjne nie jest wysokie, państwo bowiem dobrze zarządza publicznym groszem. Na to w każdym razie wskazuje niski deficyt. Jeśli obniżamy podatki (w krótkim okresie oznacza to niższe wpływy do budżetu) i ograniczamy deficyt, to aby budżet nam się zbilansował, musimy coś zrobić z wydatkami. Teoretycy bez wahania powiedzą: ciąć! I oczywiście będą mieli rację. Tyle tylko, że w praktyce znacznie trudniej zrealizować ten postulat. Szczególnie wtedy, gdy sytuacja sporej części społeczeństwa nie jest dobra. I gdy rządy sprawuje socjaldemokracja, która w swoich działaniach kieruje się charakterystycznymi celami społecznymi. Sytuacja jest jednak nadzwyczajna choćby dlatego, że już za niecały rok wejdziemy do Unii Europejskiej.

Bądźmy realistami. Na pewno nie mamy co liczyć na jakieś drastyczne cięcia, które doprowadzą nas do zrównoważenia budżetu w ciągu dwóch lat. Program, jeszcze wtedy ministra Jerzego Hausnera, był jednak od początku dalej idącym, przynajmniej w kwestii wydatków, od programu ministra Kołodki. Likwidacja państwowych agencji, odejście od znacznej części automatycznych waloryzacji czy też indeksacji, zmniejszenie wydatków socjalnych, przejście z pasywnej do aktywnej pomocy bezrobotnym to z całą pewnością kroki w dobrym kierunku. Podobnie zresztą jak postulat ułatwienia przedsiębiorczości, a więc np. likwidacji ograniczeń administracyjno-prawnych. Hausner postulował też silne cięcie podatku CIT, co zresztą znalazło się w końcu w planach Kołodki, oraz zwiększenie tzw. wolnej kwoty w podatku PIT. Właściwie jedyną, za to poważną wątpliwość budziło oświadczenie, że jeśli wzrost deficytu budżetowego miałby wynikać z obniżenia podatków, to nic złego by się nie stało. I to nawet, jeśli w konsekwencji opóźniłoby się nasze wejście do strefy euro.

Wicepremier Hausner na swojej pierwszej konferencji prasowej był już znacznie bardziej ostrożny w kwestii zwiększania deficytu budżetowego. To bardzo dobra wiadomość, nie do końca jednak wiadomo, co oznacza. Nie wiemy bowiem tak naprawdę, co jest poziomem wyjściowym. Czy deficyt planowany na 2003 rok, czy też ten zakładany przez Kołodkę? Jeśli ten ostatni, to minister Hausner biedzie się musiał nieźle nagimnastykować. Były szef resortu finansów osiągnął bowiem relatywnie dobry poziom, w sposób dość specyficzny wykorzystując np. 9 mld złotych z rezerwy rewaluacyjnej (na które nie ma co liczyć) czy też nie uwzględniając w wydatkach środków dla OFE. Sporą część deficytu można chyba bez zbytniego owijania w bawełnę określić jako "wirtualno-kombinacyjną". Problem jest poważny, chodzi o około 20 mld złotych.

Wygląda więc na to, że koniec końców poziom deficytu budżetowego będzie niższy, niż ten Kołodki, ale bez uwzględnienia części "wirtualno-kombinacyjnej". Doprowadzą do tego głębsze cięcia i racjonalniejsze wykorzystywanie środków. Czy to dobra wiadomość, czy też nie? Niby dobra, ale owych 20 mld złotych Hausnerowi raczej nie uda się znaleźć. Nie w takiej konfiguracji politycznej. Wygląda więc na to, że deficyt budżetowy może przekroczyć poziom przyjęty przez rząd na posiedzeniu 10 czerwca.