Największa gospodarka europejska ma poważne problemy. Silne spowolnienie gospodarcze, które dotknęło właściwie cały świat, szczególnie wyraźnie uwidoczniło się w kraju naszych zachodnich sąsiadów. W znacznej mierze wynika to z wcześniej prowadzonej polityki. Niemcy to kraj, który bardzo hojnie wspierał część swoich obywateli, wyjmując jednocześnie innym potężne środki w formie podatków. Specyficznie rozumiana pomoc społeczna prowadziła, na przykład, do tego, że w przypadku prostszych, mniej płatnych profesji nie bardzo opłacało się w ogóle podejmować pracę. Zasiłek dla bezrobotnych okazywał się bowiem często niewiele niższy od dochodów netto. Do momentu, kiedy gospodarka niemiecka w miarę dynamicznie się rozwijała, w znacznej mierze za sprawą eksportu, całość jako tako funkcjonowała. Schody zaczęły się w momencie, kiedy świat pogrążył się w kryzysie.
Tak swoją drogą warto pokusić się o małą dygresję. Dwie trzecie amerykańskiego PKB to konsumpcja. Stany Zjednoczone mają notoryczny deficyt w handlu zagranicznym. Największy z Dalekim Wschodem, ale także z Europą. Jak w USA jest dobrze, to eksport jest siłą napędową wielu gospodarek. Można więc, oczywiście, trochę trywializując, postawić tezę, że rozbudowanie zabezpieczenia socjalnego np. w Niemczech było po części możliwe właśnie ze względu na silną konsumpcję w największej gospodarce świata.
Niestety, Amerykanie ograniczyli konsumpcję i to na dość długo. Stało się tak na skutek kilku następujących po sobie wydarzeń. Najpierw pękł giełdowy balon spekulacyjny. Dla inwestorów (a w USA inwestuje co drugi obywatel) było to tym dotkliwsze, że znaczna część z nich kupowała akcje na kredyt. Potem, 11 września 2001 roku, całym światem wstrząsnęła informacja o zamachu terrorystycznym w Nowym Jorku. Wreszcie wybuchł skandal związany z fałszerstwami księgowymi dotyczącymi największych amerykańskich przedsiębiorstw. A na koniec mieliśmy wojnę na Bliskim Wschodzie.
Dynamika niemieckiego eksportu została więc ograniczona. PKB spadło w okolice poziomów śladowych, ostatnie dane mówią właściwie o recesji. Na domiar złego obecny kurs euro jest zdecydowanie niekorzystny. Pojawiły się głosy, że bez zdecydowanych działań także w 2004 roku nie będzie lepiej. A gdy do tego dojdzie deflacja, skutki mogą być trudne do wyobrażenia. W takiej sytuacji obciążenia budżetu (nie tylko socjalne, pamiętajmy o gigantycznym wysiłku związanym z wyrównaniem poziomu życia w landach wschodnich) okazały się za wysokie.
Socjaldemokratyczny rząd musiał działać. I działać zaczął. Na pierwszy ogień poszły przepisy regulujące rynek pracy. Teraz podjęto bezprecedensową decyzję o silnej redukcji podatków. Oba pociągnięcia bardziej pasują do kierunku politycznego prezentowanego przez panią Thatcher, niż przez partię lewicową, a przynajmniej mocno lewicującą. Jaki stąd płynie wniosek?