Rząd przedstawił średniookresową strategię zarządzania długiem publicznym. Nie było zaskoczenia. To nie jest plan działań. Chodziło raczej o pokazanie, że jest źle i że może być jeszcze gorzej, jeśli nie dojdzie do zmian.

Wciąż mam wrażenie, że w obozie rządzącym jest spora grupa tych, którzy sądzą, że po pierwsze, z polskimi finansami publicznymi wcale nie jest, tak źle, a po drugie, nawet jeśli jest to nasze wejście do UE wszystko załatwi. Oczywiście nie mam na myśli wicepremiera Hausnera czy ministra Raczko. Chodzi mi raczej o znaczną część ich zaplecza politycznego.

To chyba właśnie dla nich przygotowany został ten dokument. I to chyba głównie ze względu na nich klika tygodni temu Hausner wygłosił dość dramatyczne przemówienie w Sejmie. Inwestorzy zagraniczni, a więc ci, którzy w znacznej mierze finansują polski dług kupując obligacje skarbowe, wiedzą bowiem doskonale, jaka jest w tej chwili sytuacja. Im tego typu strategie nie są potrzebne. Oni czekają na konkrety.

Strategię można podzielić na trzy części. Pierwsza to pokazanie najbardziej prawdopodobnych, zdaniem autorów, scenariuszy rozwoju gospodarki. Niewiele jednak mówi się o tym, co zrobić, aby najbardziej pożądany scenariusz przyspieszonego wzrostu gospodarczego miał się spełnić (jedynym poważnym działaniem dla intensyfikacji wzrostu, przynajmniej na razie, jest obniżka podatku CIT). W tej części mamy też informacje o tym, że jeśli nie ograniczymy deficytu budżetowego, to będzie to niekorzystne dla rozwoju gospodarki w długim okresie. No i doprowadzi do przekroczenia poziomu 60% długu publicznego w stosunku do PKB. W drugiej części autorzy dochodzą do wniosku, że nie można szukać ograniczenia deficytu budżetowego na drodze wzrostu fiskalizmu. Nic dodać, nic ująć. Mało tego, najlepiej, żeby ten fiskalizm zmniejszać. I wreszcie trzecia część, która zawiera informacje na temat konieczności racjonalizacji wydatków, czyli między innymi cięciach. Właśnie na te informacje czekaliśmy ze szczególną niecierpliwością. Niestety, w strategii ograniczono się do wskazania bardzo szerokich obszarów, gdzie można dokonywać redukcji. Tymczasem szczegółów jak nie było, tak nie ma. To dlatego reakcja rynków finansowych jest na razie wstrzemięźliwa.

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, konkrety mają być zaprezentowane w ostatnim tygodniu września. Z tego, że są one potrzebne, zdają sobie sprawę również autorzy strategii. Na koniec dokumentu znalazło się bowiem stwierdzenie, że ?szczególnie istotne jest przedstawienie programu racjonalizacji wydatków publicznych, który w sposób wiarygodny ukazywałby działania polegające na ograniczeniu wydatków?. Inwestorzy zagraniczni są głodni dobrych informacji z Polski. Po części takie dostają. Wkroczyliśmy bowiem na ścieżkę ożywienia. Poprawie sytuacji gospodarczej nie towarzyszy w dodatku wzrost inflacji. Brakuje dobrych informacji o reformie finansów publicznych. Co by nie mówić ? i jakby na to nie patrzeć ? budżet na 2004 rok jest budżetem gorszym, tzn. jest budżetem o bardziej rozluźnionej polityce fiskalnej niż ten na rok 2003 (choć można dyskutować nad argumentami strony rządowej, mam tu na myśli kwestie dodatkowych wydatków związanych z UE czy też niechęć do nadmiernych cięć przy ogromnym bezrobociu). To dlatego właśnie z taką uwagą inwestorzy oczekują na średniookresowy program naprawczy. Chcą oni zobaczyć, jak rząd zamierza obniżyć deficyt w roku 2005 i 2006. Jeśli zobaczą wiarygodny program, to wszystko wskazuje na to, że znowu zacznie się kupowanie papierów skarbowych i, co za tym idzie, umocni się złoty. A więc czekamy.