Wydarzenia z mijającego tygodnia były konsekwencją tego, co zdarzyło się jeszcze tydzień wcześniej. Nikomu już nie chciało się wysilać i walczyć z wychodzącymi z rynku arbitrażystami. Przez całe pięć dni byliśmy pod ostrzałem zleceń koszykowych. Część z nich należała do arbitrażystów, ale także można było dostrzec zagrania "pod rynek terminowy" o charakterze typowo spekulacyjnym.
Efekt jest taki, że spadki zbliżyły nas w bezpośrednie sąsiedztwo dołka z września. Na razie nie był on testowany, ale to, że rynek nadal nie jest w stanie wykreślić godnej wcześniejszych spadków korekty, każe przypuszczać, że być może, by taka korekta zaistniała, potrzebny jest wstrząs w postaci naruszenia tego dołka. A ten może się zdarzyć już w tym tygodniu.
Pretekstu do spadku daleko nie trzeba szukać. Każdy inwestor śledzi informacje ze sfery makro. Pogłębiające się osłabienie złotego może przynieść poważne negatywne skutki w gospodarce, a w szczególności w sferze finansów publicznych. Wiemy, że budżet na 2004 rok był skonstruowany na bazie bardzo wyśrubowanych założeń. Jednym z nich jest poziom kursu złotego do euro, który ma wynosić ok. 4.24. Wczoraj był moment, że wynosił 4.71. Różnica jest znacząca. Oczywiście, to osłabienie może okazać się chwilowe, o co modlą się już praktycznie wszyscy, ale nie ma co ukrywać, że jest to poważny czynnik ryzyka. Nie należy zapominać, że innym założeniem są niskie stopy procentowe. Niższe niż obecnie. Jednak już w piątek przebąkiwało się o ich możliwym podwyższeniu. W takiej sytuacji budżet robi się coraz bardziej wirtualny.
Co przemawia za wzrostem? Jedynie czynniki techniczne. Teoretycznie wsparcie ma większe szanse na obronę, niż przełamanie. Poza tym czynnikiem bykom będzie bardzo trudno znaleźć jakiś punkt zaczepienia.