Zamiast zająć się analizą fundamentalną 20 spółek, drobny spekulant bacznie musiał obserwować w ostatnim tygodniu rynki obligacji i kurs złotego wobec euro. Każdy ruch na tych rynkach wywoływał nerwowe reakcje na giełdowym parkiecie. Teraz do tego zgiełku doszedł jeszcze parkiet rosyjski, gdzie aresztowanie prezesa Jukosu wywołało ewakuację zagranicznych inwestorów. Też mi wydarzenie - w Warszawie również aresztowano prezesa największej spółki naftowej. Ba, nawet w zdecydowanie bardziej spektakularny i polityczny sposób. Wybrano nowego, a giełda niemal nie drgnęła. A wielka szkoda...

W pierwszej części sesji na GPW inwestorzy prawie wstrzymali się z handlem, spierając się poza rynkiem, czy to rosyjskie zamieszanie zaszkodzi także innym emerging market, czy też, tak jak na początku lipca, rozpocznie przepływ zagranicznego kapitału na rynek węgierski i polski. Wątpliwości skończyły się dopiero około 14.00, gdy BUX zanurkował ponad 3% poniżej zamknięcia poprzedniego zamknięcia, kreśląc najdłuższą czarną świecę od 10 czerwca (dewaluacja forinta i podniesienie stóp), a rosyjski RTS po wznowieniu obrotu spadał 15%. W tym miejscu nerwy puściły nawet największym bykom, a spadek na nowe minima uruchomił arbitraż dopełniający dzieła zniszczenia.

Jedyny plus po takiej sesji to zatrzymanie spadku kontraktów i indeksu jeszcze nad czwartkowymi dołkami. Przy czym istotne jest, że mniej było tutaj przypadku, a więcej walki (wyraźny wzrost obrotów) o utrzymanie wsparć. To wstępna próba sił przed testem linii szyi podwójnego szczytu. Nieco żartobliwie prognozując, działy marketingu w funduszach inwestycyjnych nie pozwolą w najbliższych dniach na jego pokonanie. Byłoby to seppuku przed uwolnieniem paru miliardów złotych z lokat antypodatkowych.