Reklama

Gigantomania prawna

Publikacja: 10.12.2003 09:35

Któregoś dnia szperałem w drukach sejmowych. Otworzyłem projekt nowelizacji ustawy o funduszach inwestycyjnych. W tym momencie komputer zaczął mi rzęzić. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego rzęzi, ale - jako że pod względem informatycznym jestem tzw. ciemną masą - uznałem, że pewnie tak być musi. Po chwili jednak dowiedziałem się - otóż ten projekt miał ponad 350 stron. I ten biedny komputer w pocie twardego dysku po prostu ładował cały dokument.

Do tej pory myślałem, że rekordowo wielkie są ustawy podatkowe, zwłaszcza o podatku od towarów i usług. Ale okazuje się, że inne akty prawne wcale nie są gorsze. Prawdę mówiąc - zaczynam odnosić wrażenie, że różne instytucje po prostu ze sobą rywalizują - kto wyprodukuje większą kobyłę.

A z kobyłami, także prawnymi, jest to samo, jak z cegłami literackimi. Przykładowo - każdy na pewno słyszał o "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta. Cykl jest słynny, krytycy pieją na jego temat, ale jest mały problem. Mianowicie nie spotkałem nikogo, kto przez ten cykl przebrnął w całości. Sam próbowałem i muszę powiedzieć, że pojąłem ideę tytułu. Po prostu - po pewnym czasie czytelnik rzuca książką w kąt i idzie na poszukiwanie tego czasu, który stracił podczas lektury.

Tyle tylko, że ustawy w kąt się nie da wyrzucić. Ustawa jest od tego, aby jej używać. Trzeba ją więc przeczytać, porównać z tym, co było wcześniej i z innymi przepisami. Innymi słowy - trzeba stracić masę czasu. I to na dodatek z pewnością, że za rok, góra dwa, będzie trzeba całą zabawę powtórzyć. Dlaczego? A między innymi dlatego, że niewielu jest straceńców, którzy są w stanie w całości taki tekst przeczytać i sprawdzić, i wychodzą przeróżne babole. Albo dlatego, że ustawodawca, choć starał się przewidzieć prawie wszystko, zapomniał o dziesięciu czy piętnastu przypadkach, które koniecznie wymagają sprecyzowania.

Problem mają fachowcy, a jeszcze większe kłopoty mają tzw. zwykli Kowalscy. Oczywiście, nie trzeba znać ustawy o funduszach inwestycyjnych, aby w nie zainwestować. Ale to chyba nie oznacza, że trzeba klientów TFI odstraszać od tego, aby się z przepisami zapoznali. A każdy, kto na półce zobaczy taki tom i do tego dwa czy trzy razy większy komentarz - da sobie spokój i po prostu zda się na łaskę i niełaskę TFI.

Reklama
Reklama

Sprawa jest jeszcze bardziej wyraźna, gdy dotyczy podatków. Tymczasem nawet pod hasłami rozjaśniania i liberalizacji funduje się kolejne komplikacje i problemy. I nawet nie bardzo wiadomo, dlaczego.

Tymczasem prawo powinno być jasne i proste. Ustawa podatkowa może się składać z kilku kartek. Wystarczy, że zamiast podatku dochodowego będziemy mieli podatek przychodowy. W przypadku TFI też chyba nie ma powodu precyzować wszystkiego. Choćby dlatego, że to kosztuje - kosztuje napisanie takiego tomiszcza, kosztuje praca nad nim, kosztuje wreszcie druk w Dzienniku Ustaw. A najwięcej chyba kosztuje domniemanie, że trzeba od razu za ludzi wszystko załatwić. Do prowadzenia za rączkę łatwo się przyzwyczaić i potem okazuje się, że trzeba to robić w każdej dziedzinie.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama