Od 21 listopada, dzięki znakomitej koniunkturze na rynku amerykańskim, notowania na giełdzie warszawskiej rosną. Na razie trudno jednak dostrzec fundamentalne argumenty przemawiające za tym, aby ogłosić początek kolejnej fali hossy. Warto bowiem pamiętać o dwóch czynnikach mogących w najbliższym czasie zmniejszać popyt na akcje. Rozpatrując sytuację giełdy w Warszawie na tle innych rynków wschodzących należy zauważyć, że w odróżnieniu od krajów Ameryki Południowej i Azji Południowo-Wschodniej, których indeksy biją nierzadko swe roczne maksima, giełdy w Europie Środkowowschodniej znajdują się generalne w sytuacji słabszej.

Gospodarki państw naszego regionu w odróżnieniu od innych emerging markets są bowiem w znacznie mniejszym stopniu uzależnione od stanu koniunktury makroekonomicznej w USA i przez to w o wiele mniejszym stopniu stają się beneficjentami ożywienia gospodarczego w Stanach Zjednoczonych. Naszym głównym partnerem handlowym jest wciąż strefa euro, która trwa w stagnacji i to pomimo serii obniżek stóp procentowych dokonanych przez EBC. Po drugie, inwestorów zagranicznych do powrotu na WGPW mogą zniechęcać wysokie wyceny naszych blue chipów. Obliczane np. przez ,,Financial Times" wskaźniki P/E dla rynków światowych pokazują, że bardzo trudno znaleźć rynki akcji droższe od naszego. Podobne wnioski wysunąć można po analizie poziomu stopy dywidendy.

Biorąc ponadto pod uwagę niski udział aktywów płynnych w aktywach OFE, trudno liczyć na kontynuację dobrej koniunktury w pierwszym kwartale przyszłego roku. Zważywszy na fakt, że na wykresie siły relatywnej WIG-Banki / WIG 20 notujemy kolejne roczne minima, a proces obniżek stóp procentowych dobiega końca, najbardziej narażone na presję strony podażowej powinny być walory sektora finansowego.

Unikaj:

Banki - realna perspektywa obniżki marż odsetkowych, niska wciąż dynamika bazy depozytowej, indeks WIG-Banki w pobliżu oporu z czerwca 2002 r.