Zgodnie z konsensusem, który zdaje się obowiązującym w obecnym sezonie inwestycyjnym, akcje są bezpieczną lokatą kapitału do czasu wyborów prezydenckich w USA (bo Fed nie podniesie stóp przed wyborami itd.). I rzeczywiście, kilkudziesięcioletnie statystyki potwierdzają, że rok wyborów prezydenckich (drugi rok cyklu prezydenckiego, który rozpoczął się w październiku 2002 r.) jest dosyć dobry dla rynków akcji. Te same statystyki sugerują jednak, że rok po wyborach (2005 r.) już dla akcji dobry nie będzie. Rodzi się pytanie: kiedy liczni uczestnicy rynku, powołujący się na ten argument, zdecydują się na sprzedaż akcji. Oczywiście, muszą to zrobić przed listopadowymi wyborami. Istotne pytanie brzmi: jak długo przed?
Wczorajsze dane o najniższym od ponad roku miesięcznym poziomie deficytu handlowego w USA świadczą o tym, że dewaluacja dolara zaczyna wpływać na pozycję handlową USA. Trwający od stycznia 2002 r. spadek dolara jest najsilniejszy od 17 lat. Wtedy zapoczątkowana w lutym 1985 r. zniżka USA zaczęła negatywnie wpływać na rynek obligacji po 18 miesiącach, a krach na rynku akcji nastąpił po 32 miesiącach.
Środowa wypowiedź nowego ministra finansów Węgier ("Rzeczywistość nie potwierdza tego przedziału kursowego") stanowi zapewne zapowiedź rychłej rezygnacji z dotychczasowej polityki stabilizacji kursu forinta względem euro. Z racji geograficznej i "portfelowej" bliskości Węgier, jest to kwestia nie bez znaczenia dla krajowego rynku finansowego. Ewentualna wymuszona przez rynek dewaluacja forinta o kilkanaście procent z pewnością wstrząśnie na kilka dni środkowoeuropejskimi rynkami obligacji. Ponieważ jednak rynki dyskontowały perspektywę minikryzysu walutowego na Węgrzech od wielu miesięcy, samo uwolnienie forinta - niezależnie od treści nagłówków na pierwszych stronach gazet - powinno być traktowane raczej jako okazja do kupna, również polskich obligacji.