Wczorajsza sesja to było lizanie ran po środowym "czesaniu" stopów. Jak mocno dało się to inwestorom we znaki, niech świadczy fakt, że obroty na wszystkich seriach nie przekroczyły 10 tys. sztuk!, co do tej pory oglądaliśmy z reguły jedynie w czasie "świątecznych" konsolidacji. Tym bardziej dziwi buta, z jaką GPW potraktowała drobnych inwestorów, zupełnie nie poczuwając się do odpowiedzialności i zwalając winę na nieprawidłowości w jednym z biur maklerskich. Zupełnie jakby to biura ustalały szerokość widełek czy wolumen maksymalnego zlecenia. A wszyscy pamiętają przecież, jak miesiąc temu wielu obserwatorów rynku nawoływało właśnie do zmiany tych wartości. Udało się dopiero teraz, tyle że za późno. Od dzisiaj handlujemy tylko po 500 szt. i tylko do 5% od zamknięcia. A kończąc wątek, nie mogę odmówić sobie porównaniu do rynku amerykańskiego, gdzie po dokładnie analogicznym przypadku "zgodnego z regulaminem zlecenia" anulowano wszystkie transakcje w niecałe pół godziny. U nas zamiast tego inwestorzy anulują konta.
Jeśli chodzi o prognozę na kolejne sesje, to nic się nie zmieniło. Utknęliśmy w konsolidacji, którą najlepiej określać wsparciem na kontraktach w obszarze pomiędzy ostatnimi dołkami 1603-1613 pkt oraz oporem na indeksie w obszarze zeszłotygodniowej środowej luki bessy. Wczorajsza próba ataku na jej poziom skończyła się niepowodzeniem z dwóch powodów. Po pierwsze poranny wzrost zrobiony był zupełnie bez obrotu, a to z reguły pachnie dystrybucją (i tak było wczoraj), a po drugie - wzorem naszych kontraktów testowanie sell stopów rozpoczęli też inwestorzy walutowi, bardzo dynamicznie osłabiając złotego do najniższego w historii poziomu wobec euro. Jeśli to zasłabnięcie okaże się zawałem, inwestorzy na GPW zaczną uciekać z miejsca zbrodni.