Opublikowane w kwietniu w USA statystyki makroekonomiczne dostarczyły dwóch elementów, na których dotychczasowy brak mógł powoływać się Fed, wstrzymując się z zakończeniem swej hiperstymulacyjnej polityki pieniężnej. Dwa tygodnie temu informacja o najsilniejszym od 4 lat wzroście liczby miejsc pracy została odebrana przez rynki jako ostateczne potwierdzenie ożywienia na rynku pracy. Środowe dane o jednym z czterech najsilniejszych w minionej dekadzie miesięcznym wzroście wskaźnika inflacji bazowej (+0,36%) sugerują początek procesu ujawniania się skutków reflacyjnej polityki banku centralnego na poziomie cen detalicznych.
Ekstrapolacja na cały 2004 rok, zarejestrowanych w okresie styczeń-marzec zmian głównego wskaźnika inflacji (CPI) i wskaźnika inflacji bazowej ("core" CPI) w USA, daje wartości odpowiednio 5,1% i 2,9%, najwyższe od 9-13 lat. Reagując na te dane, sugerujące nieuchronność zmiany polityki pieniężnej w USA, rynek posłał roczną stopę LIBOR z 1,28% w marcu do 1,63% obecnie. Natomiast rynek obligacji w USA gwałtownie zakończył półroczny wzrost, pociągając z sobą w dół również polskie obligacje.
Fed, próbując zapobiec deflacji, wywołanej konsekwencjami pęknięcia w latach 2000-2002 poprzedniej "bańki" inwestycyjnej, wyhodował w minionym roku kilka kolejnych "bąbli". Ich ewentualne "przekłucie" w przyszłości spowoduje powrót problemów w zwielokrotnionej postaci. Spekulanci, którzy w minionym roku wykorzystywali niski koszt kredytu do agresywnej gry na różnych rynkach (w tym na akcyjnych emerging markets, takich jak nasz) wiedzą doskonale na postawie doświadczeń z lat 1994, 1997 czy 2000, że zaostrzenie polityki pieniężnej w USA będzie sygnałem do szybkiego zamknięcia "zlewarowanych" pozycji.
Oczywiście, wie to również Fed, który chętnie zapewne zobaczyłby kontrolowane "spuszczenie powietrza" z powstałych "baniek". Jednak z pewnością za pomocą odpowiedniej retoryki będzie starał się przeciwdziałać powstaniu, poważniejszego zamieszania na rynkach w roku wyborów prezydenckich w USA.