W gospodarce jest dosyć nudno. Produkcja i eksport ciągle rosną szybko, ceny rosną powoli, inwestycje prawie nie rosną. Natomiast w polityce są nowości, więc tym razem parę refleksji o styku polityki z gospodarką.
Jak wiadomo, rząd koalicji SLD i UP od samego początku, czyli od jesieni 2001 r., zabrał się ostro do pracy. Zaczął od poprawiania reform wprowadzonych przez poprzedników. Poprawił reformę służby zdrowia i reformę systemu edukacji narodowej. Skutki naprawiania ujawniły się szybko, dotknęły wielu i odczuwane są do dziś.
Rząd podjął też działania w dziedzinach zaniedbanych przez poprzedników. Rozwinął budowę autostrad i zaczął planować naprawę finansów publicznych. Sukcesy w obu tych sprawach po prostu rzucają na kolana. Wzrost zadłużenia państwowego górnictwa, hutnictwa i kolei z pewnością nie nastąpiłby bez aktywnej pomocy rządu.
Nie wszystko udało się rządowi. Mimo wysiłków i mobilizacji opinii publicznej, rząd nie uzyskał kontroli nad polityką pieniężną. W rezultacie nie doszło do kryzysu walutowego, choć byliśmy tak blisko. Udało się natomiast tak zorganizować służby państwowe i samorządowe, aby połowa uprawnionych rolników nie wystąpiła w terminie o dopłaty bezpośrednie z UE. Co prawda, rolnicy też ociągali się, ale to nie tylko ich zasługa, że nie wszyscy dostaną dopłaty w tym roku, a część dostanie w niepełnej wysokości.
Rząd działał w oparciu o większość parlamentarną. Trzeba przyznać, że ustawodawcza część władzy państwowej nie dawała się prześcignąć rządowi. Poprzednie parlamenty nie uchwaliły tyle bubli ustawowych jak ten. Nigdy wcześniej tak duża liczba parlamentarzystów nie miała kolizji z prawem jak w tej kadencji. Nigdy nie było też tyle ośmieszających parlament zachowań posłów i nie padało z trybuny sejmowej tyle pomówień i obelg, ile udało się osiągnąć temu Sejmowi. Porównując rząd i Sejm, nie potrafiłbym jednak powiedzieć, któremu z tych organów powinno się przyznać palmę pierwszeństwa.