Sesja zaczęła się obiecująco. Krótko po 9:00 kontakty terminowe wreszcie uwierzyły w możliwość dalszego wzrostu indeksu. Przypomnijmy, że ostatnio były notowane z ujemną bazą, co nie jest sytuacją normalną. Wysoka liczba otwartych pozycji (na zakończenie w piątek - 21,5 tys.) również wskazywała na możliwość wybicia indeksu w górę.

Indeks otworzył się około 1715 pkt i dalej nie stało się nic. Gotówka na pociągnięcie w górę nie pojawiła się. Po godzinie notowań obrót był mizerny - około 30 mln. Wobec tego WIG20 skierował się w dół śladem spadającego DAX. Dołek ukształtował się w okolicy 1700 pkt. Wartość ta okazała się wsparciem. Wśród graczy na rynku kontraktów terminowych powrócił pesymizm - baza spadła nawet do -15 pkt. Liczba otwartych pozycji zmniejszyła się o 1500 szt, tak więc jeden z sygnałów możliwego wybicia stracił na aktualności.

Interesująco wygląda struktura spadków. Indeks stracił głównie z powodu Pekao i BZWBK. Słaby natomiast do tej pory Prokom zakończył sesję na plusie. Przyczyną podaży wśród banków jest wypowiedź ministra skarbu Jacka Sochy co do oferty publicznej PKO BP. Zgodnie z zapowiedzią 30% akcji największego polskiego banku trafi na rynek pod koniec października. Wygląda więc na to, że inwestorzy instytucjonalni zaczęli robić w portfelach miejsce dla nowych papierów.

Zbliża się okres publikowania wyników przez spółki. Niektóre z nich zapowiadały zwiększenie zysków. Dobra koniunktura w gospodarce pozwala zachować optymistyczne nastawienie co do kierunku ruchu cen. Poza tym na rynku nadal nie widać gotówki, zdolnej do pociągnięcia indeksu w górę. Wydaje się, że tylko uderzenie zagranicy mogłoby wywindować indeks ponad 1730 pkt. Nasze rodzime fundusze będą zapewne oszczędzać na ofertę PKO BP, a napływu nowych środków z oszczędności nie ma. Wygląda więc na to, że o ile nie nastąpi jakiś większy atak, rynek będzie podążał nadal poruszał się w trendzie bocznym.