Po raz kolejny powiało nudą z warszawskiego parkietu. Kontrakty przez cały dzień oscylowały tuż poniżej czwartkowego zamknięcia, kończąc ostatecznie na poziomie 1694 pkt. Nie rozpieszczały również obroty, które ledwo przekroczyły 4600 szt. Aż chce się zapytać, gdzie te czasy, kiedy taką aktywnością inwestorzy wykazywali się w pierwszych dwóch godzinach sesji?

Z punktu widzenia analizy technicznej, piątkowa sesja nie wnosi nic nowego. Jako że wykres znajduje się powyżej wstępnej linii trendu spadkowego (poprowadzonej po szczytach z kwietnia i czerwca), to można mieć nadzieję, że w przyszłym tygodniu przewaga będzie po stronie popytu. Zwłaszcza, że kontrakty dalej poruszają się wewnątrz ponaddwumiesięcznego kanału wzrostowego. Tak naprawdę jednak o losach ryku terminowego zadecyduje rozwój sytuacji na Wall Street oraz wynik przyszłotygodniowego posiedzenia RPP. Czyli wszystko jest możliwe.

Żadnych wniosków nie można wysnuć również z analizy wykresu tygodniowego, który od końca maja porusza się w przedziale 1660-1730 pkt. W chwili obecnej znajduję argumenty przemawiające zarówno za zwyżką, jak i każące oczekiwać spadków.

Niewątpliwie byki będą przywoływać udaną obronę zeszłorocznych szczytów (z sierpnia i października) oraz relatywnie dobre zachowanie polskiego rynku, w obliczu ostatnich spadków na giełdach zagranicznych. Posiadacze krótkich pozycji będą natomiast tłumaczyć swoje "shorty", wciąż utrzymującymi się sygnałami sprzedaży, jawnie korekcyjnym charakterem obserwowanej stabilizacji, czy też ciągłym zagrożeniem podwyżką stóp procentowych. Trudno rozstrzygać które argumenty są silniejsze. W tej sytuacji należy zaczekać na przełamanie 1660 lub 1730 pkt i wówczas zajmować pozycje. W obu przypadkach do zgarnięcia jest minimum 150 pkt.