Tydzień rozpoczęliśmy od wzrostu cen. Zarówno indeks, jak i kontrakty, zaliczyły wczoraj niewielkie plusy względem piątkowego zamknięcia. Jest to jednak tylko fakt statystyczny. W ocenie perspektyw rynku nie zmieniło się zbyt wiele. Cały czas więcej przesłanek jest za tym, by oczekiwać spadku cen.
Wczorajsza sesja nie odbiegała swoim charakterem od tego, co mamy okazję obserwować od wielu dni na naszym rynku. Jak zwykle rynek nieco się wahał na początku notowań, by przez resztę sesji nie rozpieszczać nas zmiennością. Dopiero w końcówce notowań inwestorzy ponownie się ożywili.
Kontrakty zakończyły dzień na poziomie bliskim maksimum sesji. Takie zachowanie można odebrać pozytywnie. Co ciekawe, na kasowym nie można było znaleźć podstaw do takiego optymizmu. Efektem jest wyzerowana baza, która jeszcze w ubiegłym tygodniu przekraczała wartość minus 10 pkt. Czy można przypuszczać, że rynek się podniesie? W sumie, póki wykres cen jest w kanale wzrostowym, nie powinien nikogo dziwić wzrost do górnego ograniczenia.
Większość czynników sugeruje jednak możliwość dalszego spadku. Mam tu na uwadze zarówno sygnały oparte na danych tygodniowych, jak też te ważne w skali intraday. Weźmy choćby ostatnią lukę bessy. Mimo wczorajszego wzrostu cen, nie została ona zasłonięta. Nie jest jednak powiedziane, że zamknięta nie będzie. Przedłużyłoby to kreślenie kanału, a szkoda, bo przydałby się już nieco większy ruch cen. Ten codzienny "marazm" staje się męczący. Zwłaszcza że nie daje możliwości zarobku. Ile można uszczknąć z rynku, którego zakres wahań wynosi kilkanaście punktów i zostaje najczęściej wyznaczony w ciągu pierwszej godziny notowań? Pocieszające jest to, że takie usypianie rynku jest zwykle przyczynkiem do późniejszego dynamicznego wybicia.