- Co ty wiesz o zarządzaniu? Chłopaczku... - irytuje się zapewne wielu właścicieli firm o sporym już stażu, którzy - razem ze swoją spółką - znaleźli się na giełdzie. I, czasem pewnie ku swojemu najwyższemu zdumieniu, dowiedzieli się, że funkcjonowanie na rynku publicznym nie oznacza tylko przyjęcia kasy z publicznej emisji. Oznacza także dzielenie się zarobkami z innymi współwłaścicielami. I dzielenie się władzą w samej spółce. Co czasem okazuje się tak samo trudne, jak konieczność pogodzenia się z myślą, że jakąś część zysków zabrać będą chcieli "obcy". Problem jest jeszcze cięższy do strawienia, gdy do drzwi spółki zapukają inwestorzy finansowi. Grzeczność - grzecznością, ale jak tu tolerować intruzów, którzy nie dość, że domagają się wyższej efektywności i patrzą na ręce, to jeszcze pchają "swoich" do rady nadzorczej. "No bezczelność, panie dzieju"...
Waśnie między "starymi" właścicielami i "derektorami" firm a "nowymi" mają miejsce zapewne częściej niż się o tym pisze. Domowe kłótnie lżejszego kalibru są bowiem pewnie łagodzone i wyciszane, zanim dotrą do analityków i mediów. Inna sprawa, że u podłoża nagłaśniania niektórych kłótni w gronie akcjonariuszy może stać jak najbardziej przemyślana chęć zwrócenia uwagi na spółkę. Tak, by zasugerować, że skoro dwóch się bije, to może trzeci skorzysta...
Rozmyślam sobie o tym wszystkim w czasie, gdy właśnie minęły dwa lata od opracowania oficjalnego kodeksu dobrych praktyk w spółkach publicznych. Jak niedawno przypominała Giełda, rok temu spółki rozpoczęły przesyłanie oświadczeń dotyczących ich stosunku do poszczególnych zasad kodeksu. Już przełknięcie samego tylko giełdowego savoir-vivre?u może być trudnym doświadczeniem dla wielu przyzwyczajonych do niepodzielnych rządów biznesmenów i menedżerów. A tymczasem, jak pokazuje życie, kariera na rynku publicznym przynosi jeszcze inne "odkrycia". Ot, choćby wizyty przedstawicieli instytucji finansowych, które - wcale nie zawsze szczęśliwie - zainwestowały zwykle cudze pieniądze w spółkę. I które, chcąc nie chcąc, muszą zrobić coś z tym fantem... To zaś może oznaczać koniec świętego spokoju "starych"...
"Nowi", "starzy", "mniejszościowi", "większościowi", "strategiczni"... Z każdym z tych pojęć związane są emocje - bardzo różne i zależne od pozycji oceniającego. Tymczasem przy rzetelnej analizie sytuacji w poszczególnych firmach trzeba jednak trzymać się z daleka od wygodnych ale bałamutnych stereotypów, że to np. zwykle "stary", większościowy udziałowiec jest "zły", a ci "nowi", mniejszościowi - właśnie "dobrzy". Albo że - odwrotnie - to "nowi", czyli np. finansowi to ignoranci i natręci, szukający tylko okazji do dodatkowego "wyciągania kasy" przez wpakowanie kogoś (albo siebie) do rady nadzorczej. Takie myślenie jest złe, bo - przez stereotypowe ocenianie intencji poszczególnych uczestników sporów w firmach - może prowadzić do błędnych wniosków. Świat jest bardziej skomplikowany, niż byśmy chcieli - bynajmniej nie biało-czarny. Dotyczy to także biznesu.
Czy wojna w akcjonariacie spółki jest wyłącznie złem? Niekoniecznie. Spór może być niezłym początkiem czegoś konstruktywnego, oczywiście pod warunkiem, że nie przerodzi się w kompletną masakrę, z wysadzaniem w powietrze kolejnych rubieży, byle tylko nie oddać ich "tamtym"... Pojawienie się "nowych" w akcjonariacie i - co dość logiczne - w radzie nadzorczej może zmusić do większego wysiłku całą firmę. Czasem kosztem wygodnego, acz złudnego "ciepełka" starych układów i wieloletnich nawyków. Niestety, jak wynika z wcześniejszych rozważań, wcale nie ma gwarancji, że takie wejście nie zdestabilizuje sytuacji... W tym kontekście upowszechnianie zasad corporate governance ma tę zaletę, iż wyznacza ramy także dla potencjalnych konfliktów. Wyznacza swego rodzaju konwencje - także w przypadku prowadzenia wojny. Która często jest nie do uniknięcia ze wspomnianych już przyczyn natury socjologicznej, a nie tylko ekonomicznej.Dobrze, że o zasadach ładu korporacyjnego mówi się i pisze. Ale problem, który muszą starać się pokonać nie tylko strony konfliktów, ale także stojący z boku analitycy i inwestorzy, polega na tradycyjnym podziale: "my" - "oni?. Na ten kłopot może nakładać się jeszcze kilka innych konfliktów, w tym odwieczne zderzenie "starzy" - "młodzi". Awantury w akcjonariacie spółek zwykle pozostają "wojnami na górze" (no chyba, że w sprawę włączy się Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych). Graczowi o mniejszym potencjale portfela pozostaje mieć nadzieję, że głównym powodem owych bitew nie jest spór o metody... drenowania kapitałowego spółek. Wtedy bowiem dochodzi do sytuacji, w której miejsce podziałów na linii "my" - "oni" zajmuje najgorszy z możliwych konfliktów, w którym faktycznie najsłabsza jest pozycja drobnego, indywidualnego inwestora. Wtedy jego interesów nie obroni już praktycznie żaden kodeks. Niezależnie bowiem od wszystkiego można przyjąć, że jest jedna, jedyna myśl, wspólna dla wszystkich aktywnych uczestników wojen w akcjonariatach firm - wszyscy chcą dobrze. Dobrze, ale dla swoich portfeli....