Rząd stoi właśnie przed koniecznością podniesienia płacy minimalnej, która wynosi obecnie 824 zł brutto. Jednocześnie stawia sobie za cel zmniejszenie bezrobocia. - Dlatego trzeba coś zaproponować, żeby pracodawcy chcieli nadal zatrudniać - stwierdził wczoraj wicepremier Jerzy Hausner.
Kierowane przez niego ministerstwo przygotowało więc projekt tzw. ulgi aktywizacyjnej, dzięki której wzrosłoby najniższe wynagrodzenie netto, a jednocześnie na dotychczasowym poziomie miałyby pozostać koszty pracy, jakie musi ponosić pracodawca. Resort opracował pierwotnie trzy warianty nowej ulgi. Dwa z nich zakładały zmniejszenie dochodów budżetowych, jeden jest neutralny dla finansów publicznych. Wicepremier Hausner zadeklarował wczoraj, że cała operacja miałaby być neutralna dla budżetu. Oznacza to, że ministerstwo gospodarki chce zaproponować zastąpienie kosztów uzyskania przychodu przez malejącą ulgę aktywizującą w wysokości 270 zł. Jej wartość kurczyłaby się ze wzrostem wynagrodzenia. Ulga zanikałaby przy płacy sięgającej 3480 zł. - W efekcie najmniej zarabiający mają otrzymać wyższe wynagrodzenie netto, a lepiej zarabiający zapłacą wyższy podatek - powiedział Jerzy Hausner.
Z wyliczeń przedstawionych przez MGiP wynika, że najniższa płaca netto wzrosłaby o 28 zł. Płaca przeciętna pozostałaby na dotychczasowym poziomie, a np. zarobki równe czterokrotności średniego uposażenia skurczyłyby się o 46 zł.
- Jedynym sposobem na aktywizację jest obniżenie kosztów pracy poprzez zmniejszenie podatków oraz składek na ubezpieczenie społeczne dla wszystkich podatników - mówi Jeremi Mordasewicz z PKPP. - To oznacza jednak, że trzeba obniżyć również wydatki publiczne, a na taki manewr nie ma przyzwolenia politycznego - dodaje.
Zastąpienie kosztów uzyskania przychodu przez ulgę aktywizacyjną, jak powiedział Hausner, nie jest jeszcze przesądzone. Na razie ministerstwo gospodarki konsultuje pomysł z partnerami społecznymi. Wczoraj sprawą tą zajmował się zespół budżetowy Komisji Trójstronnej.