Wynik sesji nie jest imponujący. Notowania poszły w górę tylko po 10 pkt na obu rynkach. Ale jeśli spojrzy się na styl tego ruchu i okoliczności, w jakich się odbywał, to była to wręcz demonstracja siły. We wtorek po raz pierwszy od kilku dni pojawiła się na rynku wyraźnie większa podaż. Do tej pory zachowanie WIG20 zależało jedynie od skali popytu danego dnia. Po prawej stronie ofert była pustka. Któryś z funduszy we wtorek w końcu nie wytrzymał. To samo było wczoraj z rana. Rynki analogicznie do zeszłotygodniowego czwartku rozpoczęły sesję luką w dół.
Tyle tylko, że taka sytuacja zamiast kogokolwiek wystraszyć, wręcz wzmogła popyt, który w poprzednie dni nie mógł znaleźć chętnych do oddania akcji. Zupełnie jakby fundusze nie mogły uwierzyć, że znalazł się niedowiarek, chcący odsprzedać akcje w takim trendzie wzrostowym. Decydujący cios zadała przy tym po prostu świetna aukcja obligacji, które też okazały się być towarem deficytowym.
To jeszcze jednak każdy niedźwiedź jakoś sobie wytłumaczy. Nie sztuką przecież reagować na dobre informacje. Sztuką natomiast było to, co stało się na koniec sesji, gdy węgierski Bux wręcz załamał się 2,5% po ogłoszeniu przez węgierskiego ministra finansów podwyżki podatków dla banków. Jeśli ktoś przypomni sobie, że hossa na GPW zbiegła się z zapowiedzią obniżki CIT, to paniczna reakcja inwestorów w Budapeszcie specjalnie nie dziwi. Dziwi za to fakt, że nasz rynek zupełnie na to nie zareagował, tak samo jak ani nie pomagają mu dobre dane makro ze światowej gospodarki, ani nie szkodzą żadne fatalne informacje osłabiające w tym samym czasie rynki zachodnie. Niczym na przełomie sierpnia i września zeszłego roku, żyjemy sobie własnym giełdowym trendem i nie zdziwiłbym się, gdyby jego zakończenie pokazała dopiero euforia.