Próby racjonalnego wytłumaczenia zmian cen na giełdach można czasem odłożyć na bok. Praktycznie wszystkie agencje trąbiły o wysokim popycie na surowce i w związku z tym o nieuchronności wzrostu cen. Wystarczyło kilka dni i wszystkie wyliczenia wzięły w łeb. Od piątkowego szczytu miedź spadła o 10%. Wraz z nią poleciały w dół kursy surowcowych spółek. KGHM w trzy dni stracił ponad 12%. To dużo mówi o roli inwestorów instytucjonalnych w stabilizacji kursów. Okazuje się, że jednego dnia duże i poważne instytucje są gotowe zabijać się o akcje, a drugiego dnia rzucają się do panicznej wyprzedaży. Idąc tropem surowcowym - pewnie powoli zaczynają palić w portfelu akcje PKN Orlen. Jeśli taki krach dotknął miedź, to samo może stać się z ropą. Komentarze, które można przeczytać w zachodnich serwisach internetowych, rysują podobny obraz większości rynków surowcowych - czynniki fundamentalne odeszły na dalszy plan, kwitnie spekulacja.

W takiej sytuacji WIG20 ma prawo zachowywać się niestabilnie - KGHM i PKN mają prawie 25-proc. udział w indeksie. Potwierdza to zwiększająca się powoli zmienność rynku, mierzona wskaźnikiem ATR (z 14 sesji). Używając terminologii zaczerpniętej z analizy technicznej - na wykresie ATR doszło do wybicia z konsolidacji. Poprzednim razem z taką sytuacją mieliśmy do czynienia wiosną i jak wiadomo nie skończyło się to dobrze dla posiadaczy akcji.

Z kłopotami będziemy sobie musieli radzić sami, bo na giełdach zachodnich, szczególnie w USA, sytuacja jest co najwyżej taka sobie. Tamtejsze rynki przez długi czas ignorowały złe dane makroekonomiczne i ostrzeżenia spółek przed gorszymi wynikami w kolejnych kwartałach. Posiadacze akcji ""pękają" teraz, kiedy sezon publikacji rezultatów zaczął się od przyjemnych niespodzianek ze strony Intela i Yahoo! Dobre informacje wykorzystywane są do wyprzedaży papierów. To nie są reakcje typowe dla hossy. Spiskowe teorie mówią, że na giełdach nic złego nie wydarzy się do czasu wyborów prezydenckich w USA. Te odbędą się już za niecałe trzy tygodnie.