Szanowny Panie Przewodniczący
Jak pozbyłem się swoich pieniędzy - czyli przygoda (bolesna) z Funduszem X. Zanim jednak wyjaśnię ten zagadkowy tytuł mego listu, parę słów wstępu.
Mam prawie 50 lat, wykształcenie średnie (rolnicze), jestem żonaty, mamy dwie dorastające córki. Obydwoje z żoną pracujemy na PKP i zarabiamy łącznie 2,8 tys. złotych. Zarobki nasze z roku na rok realnie są coraz mniejsze, mimo to poprzez racjonalne wydawanie pieniędzy, a czasami również oszczędzanie, udało nam się dorobić pewnych oszczędności. W czasie sprzedaży pierwszych 5 spółek SP uległem pokusie, aby poznać siłę swoich pieniędzy i kupiłem trochę akcji trzech spółek z oferowanej wówczas piątki. Tak stałem się akcjonariuszem spółki publicznej. Była to oczywiście zupełna nowość, nie tylko dla mnie zresztą, bo w czasach, kiedy ja pobierałem naukę, o tych rzeczach prawie nikt nie wiedział. Początkowo (nawet przez 2-3 lata) byłem biernym posiadaczem akcji, choć sukcesywnie je dokupowałem. Kiedy zacząłem czytać "Parkiet", moja wiedza przez to wzrosła, a ja stałem się bardziej czynnym uczestnikiem giełdy. Gdy mój stan posiadania akcji znacząco wzrósł, a w "Parkiecie" znalazłem oferty (głównie biur maklerskich) zarządzających aktywami na zlecenie klienta, namówiłem żonę (była bardzo sceptycznie nastawiona), żeby oddać nasze pieniądze (akcje) w ręce fachowców. Wyniki publikowane w "Parkiecie" były bardzo zachęcające, zarządzający dość często znacząco wyprzedzali tzw. benchmarki, a renoma właścicieli tych instytucji (duże banki - Pekao, BRE, ING) oraz licencjonowani doradcy i analitycy tam pracujący, umieli sprawić, że pieniądze będą pomnażane i bezpieczne. Tak stałem się klientem Biura Maklerskiego Y Departamentu Zarządzania Aktywami, a później - po zmianach kapitałowych - Funduszu X "Umowę o Zarządzanie Cudzym Portfelem Papierów Wartościowych na Zlecenie" zawarłem 15.11.1999 roku, wcześniej przekazując aktywa w postaci akcji 22 spółek giełdowych i 10 tys. złotych gotówki, co wg tzw. bilansu otwarcia z dniem 15.11.1999 roku dało wartość portfela 99 895,20 złotych. Z dość szerokiej oferty Biura Maklerskiego Y i po analizie wyników zarządzających publikowanych w "Parkiecie" wybrałem oczywiście portfel akcyjny "Agresywny o podwyższonym ryzyku". Opłata za zarządzanie została wybrana (z dwóch opcji) jako prowizja od aktywów w wysokości 3,9% rocznie.
Drugą opcją była prowizja od efektywności (20% od zysku). O tej prowizji też myślałem, lecz podczas telefonicznej rozmowy z którymś z panów z Biura Maklerskiego Y zostałem przez niego zapewniony, że zarządzający tak starannie i sumiennie podchodzą do swojej pracy, że nie trzeba ich już dodatkowo motywować tego rodzaju prowizją. Tu zrobiłem (zasugerowany tą rozmową telefoniczną) duży błąd, jak się później okazało. Początkowo wyniki były dobre, wartość portfela rosła, co pozwoliło mi trochę skonsumować owoce mojej inwestycji i poprosiłem w styczniu 2000 roku o wypłatę 13,7 tys. złotych z mego rachunku. Pomysł wypłaty, a nawet stanowczą sugestię, zawdzięczam żonie. To jej intuicja okazała się słuszna, jak się później okazało, niż moje wyczytane i wysłuchane mądrości, jak np. efekt śnieżnej kuli.
Potem zaczął się gorszy okres. Polityka, w gospodarce prawie recesja, giełda zaczęła spadać, a wraz z nią wartość mojego portfela. Ze ściśniętym sercem oglądałem comiesięczne wydruki przysyłane mi z Warszawy, a na nich coraz bardziej chudy mój portfel, którego wartość w pewnym momencie spadła sporo poniżej 60 tys. złotych. Miałem jednak pewność, że - jak to w piosence "po ciemnej nocy - jasny dzień nastaje" - sytuacja się zmieni i wraz z pierwszymi jaskółkami pozytywnych zmian w gospodarce, sytuacja na giełdzie ulegnie poprawie, a wraz z nią i mój portfel zgrubieje. I tak też zaczęło się powoli dziać. Ale oto dostaję pismo z Funduszu X z 6.04.2004 roku z informacją, że jeśli nie dopłacę do 31.05.2004 roku kwoty tak, aby mój portfel osiągnął wartość 300 tys. złotych, to umowa o zarządzanie zostanie wypowiedziana z dniem 31.05.2004. Kwota dopłaty, o jaką chodzi, to "drobiazg" - jakieś 215 tys. złotych. Takich pieniędzy to ja nie mam, a gdybym miał, to widząc wyniki, jakie ci panowie z licencjami osiągają (na moim portfelu - nie te publikowane w mediach), drugiego takiego błędu bym nie popełnił. Najpoważniejszy teraz problem to nie to, że Fundusz X zdecydował się rozwiązać umowę, lecz to, ile zgromadził pieniędzy. Po okresie 4,5-letniego "zarządzania" Fundusz X chce mi zwrócić niecałe 86 tys. złotych, co z kwotą 13,7 tys. wypłaconą w styczniu 2000 roku daje sumę około 99,5 tys. złotych. A gdzie zapewniane zyski? Na bezpiecznej lokacie bankowej byłoby kilkadziesiąt tysięcy złotych, a między innymi mieli mieć (jak zapewniali w swoich materiałach) wyniki lepsze od lokat. W chwili podpisywania umowy - 15.11.1999 r. - WIG miał 14 492,5 pkt, WIG20 - 1 392,9 pkt, dziś, tzn. w kwietniu 2004 WIG bije historyczne rekordy 24 tys. pkt, WIG20 przekracza 1800 pkt, a mój portfel, tak jak 4,5 roku temu, oczywiście nominalnie, bo realnie bardzo dużo mniej. Jak widać z wartości indeksów, można było zarobić, kupując tzw. indeks i nic więcej nie robić. Panowie z Funduszu X wykazali się wyjątkową nieudolnością w swojej pracy, sumienni tylko byli w pobieraniu co kwartał prowizji. A to dzięki moim pieniądzom, jak i innych ludzi, ci panowie mają pracę i zapewne wspaniałe pensje. W tej smutnej przygodzie mam tylko satysfakcję, że moje rozumowanie okazało się słuszne i inwestując w akcje były warunki, aby powiększyć swoje oszczędności. Zawiedli mnie natomiast ludzie, po których miałem prawo sądzić, że będą gwarancją powodzenia tej mojej idei. Publikowane przez nich dotychczasowe wyniki dawały nadzieję, że powierzam swoje pieniądze w dobre ręce, okazało się inaczej. Niniejsze pismo miałem napisać już ponad miesiąc temu, ale czekałem na pismo z Funduszu X, na tzw. bilans zamknięcia, ale do dziś się nie doczekałem. Do dziś Fundusz X nie rozliczył się ze mną, przekazując "po cichu" aktywa na wskazany przeze mnie rachunek. Czyżby wstydzili się swoich osiągnięć? W dniu 07.06.2004, będąc w Krakowie, dowiedziałem się, że na moim nowym rachunku jest 85 550 złotych, oczywiście większość w akcjach. Do dziś nie wiem, kiedy dokładnie odbył się transfer aktywów na mój nowy rachunek, jakie były jego koszty i wartość portfela w dniu transferu. Minęło 4,5 roku i tego czasu, jak również straconych pieniędzy, nie da się nadrobić. Oszczędzaliśmy z żoną kilkanaście lat na swoje marzenia i dla dzieci na edukację oraz jakiś start życiowy. Zostaliśmy jednak okradzeni.